Markobrodaczo
1486.MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA. CZ.
II.
Ach, ach, klękajcie narody, słuchaj mnie, ludu chrześcijański, zebrałem się na
odwagę, by dalszą część mojej gehenny opisać, a na samo wspomnienie lęk mnie
ogarnia i biegam przerażony po mojej chatynce niczym szczur złapany w pułapkę,
albo jak Żyd po pustym sklepie, który koniecznie by chciał coś sprzedać, a nie
ma co. Ciężko mi jest o moich przeżyciach pisać, oj ciężko, ale skoro
obiecałem... Ja obietnic staram się dotrzymywać, w końcu jestem porządny,
normalny człowiek, a nie jakiś, za przeproszeniem, polityk.
Na czym to ja skończyłem? Aha, koło sklepu spożywczego przystanąłem, bo miałem
nadzieję, że trafi się jakiś dobry człowiek i wzmocni człeka bogobojnego łykiem
ożywczego napoju, ale nic z tego, naród chrześcijański nielitościwy jest i nawet
nikt nie wejrzał na moją niedolę, a już chyba ze trzy dni nic nie piłem i
czułem, jak rodzi się we mnie ten paskudny dygot, który zatelepać może na
śmierć. Pogapiłem się tylko trochę na robotników, którzy coś przy ogrodzeniu
naszego parku zaczęli majstrować, ale długo nie patrzyłem, bo ja bardzo miękkie
serce mam i nie mogę patrzeć, jak ludzie się męczą, ciężko pracując, zaraz mnie
mgli.
Wlazłem do tego Urzędu Gminy. Przestrzenie tam takie, że pięć moich chałup by
się zmieściło, a cisza tam taka, jak w kościole. I żywego ducha nie widać.
Połaziłem w koło, przeczytałem wszystkie napisy na drzwiach. Jedne drzwi mnie
zaintrygowały, bo były całkiem nowiuśkie, bieluśkie, świeżo wstawione, a na
drzwiach było napisane „Informatyk”. Ciekawe co to za jeden, może to taki, co
informacji udziela? Ale to by miał w tych drzwiach jakieś okienko... Oj, chyba
nie, to musi być jakaś ważniejsza persona, bo takich drzwi to nawet, jak się
później okazało, nie ma nawet wójt. Nie rozwiązałem tej zagadki, bo nie miałem
śmiałości zapukać, a zapytać nie było kogo.
Łaziłem, łaziłem, aż w końcu znalazłem tablicę informacyjną i wyszło mnie, że
trzeba iść na górę, na piętro. No i trafiłem. Nie do samego wójta oczywiście,
tylko do poczekalni. Jak świat światem do Władzy zawsze było się trudno dostać i
to nieważne jaka by ona była, sanacyjna, komunistyczna czy kapitalistyczna, tak
i tu - poczekalnia, sekretariat, a na końcu gabinet wójta. Swoje trzeba
odsiedzieć.
No ale piękna ta poczekalnia, nawet stolik był i krzesełka białe, bielutkie na
srebrnych nóżkach, strach na takich siadać, ale już tak siedział jeden klient,
to usiadłem przy nim i ja, a co, ja gorszy?
I faktycznie nie gorszy, gościu był może trochę młodszy ode mnie, ale było
widać, że całe życie ciężko na wygląd swojej mordy musiał pracować – siny, gęba
pobrużdżona, a na nosie miał jakieś okropne okulary w grubej oprawie – szkła jak
dno od butelek, a na dodatek jedno popękane i poklejone jakimś butaprenem.
Niewiele on przez te szkła widział, bo przysunął tą gębę na kilkanaście
centymetrów do mnie, próbując rozpoznać com za jeden. Odsunąłem się, bo z gęby
mu jechało jakaś zabójczą mieszanką dawno strawionego denaturatu i zepsutych
zębów, ale on znowu się do mnie przysunął. To ja znowu się odsunąłem. On się
przysunął. I pewnie zaczęlibyśmy jeździć w koło tego stolika, jak na jakiej
karuzeli, ale wpadł następny interesant i mnie zablokował siadając z drugiej
strony. Ten był jeszcze młodszy, ale po nosie i charakterystycznym zapaszku
można było rozpoznać, że jest z tej samej branży, co my. Strasznie jakiś
ruchliwy był i gadatliwy a po ruchach można było poznać, że i jego zaczyna
chwytać ten paskudny dygot, który trapi porządnego człowieka, kiedy zbyt długo
jest o suchym pysku.
- Cześć! – przywitał się ze Ślepawym (nie przedstawił się, więc tak go będę
nazywać) – Jurek jestem – podał mi rękę – a ty?
Poznał swój swojego.
- Ma...,Ma..., Maniek jestem – tak mnie zaskoczył, że mało się nie wygadałem,
kim jestem, ale w porę ugryzłem się w język. Z wiadomych względów wolałem
pozostać inkoguto.
- Na wójta czekamy? – wiercił się na krześle Jurek.
- Na wójta – odrzekłem – a nie wiecie co to za jeden? Bo ja nietutejszy –
spróbowałem wysondować ich trochę.
- Porządny, porządny, mówią, że zrobił w gminie porządek, urzędniki się go
boją... – zaczął opowiadać Jurek, ale Ślepawy mu przerwał:
- Tyle wiesz, co zjesz, a gówno żresz!- rzekł ze złością - Boguś, o to był
wójt....
- Boguś? Boguś? – zaczął gorączkować się Jurek – I co on zrobił, no co?
- A halę sportową na przykład.
- Halę, halę? Za krótka! Sześć metrów za krótka! A mam ci pokazać, gdzie, te
materiały? Które domy postawione za nasze pieniądze?
- Krótka jest, bo miejsca nie było, a jak nie wiesz, to głupot nie pierdol.. –
Ślepawemu zaczęły puszczać nerwy
- Ja nie wiem? To spytaj Zenka, jak nie wierzysz! – nie ustępował Jurek.
Masz babo placek. Jeden zwolennik starego wójta, a drugi nowego. A ja pośrodku.
Trzeba coś zrobić, bo zaraz się pobiją, a i mnie się dostanie.
- A skąd ten wójt jest? Pracował gdzieś? – wtrąciłem się w dyskusję.
- Podobno z Warszawy, mieszka pod Filipowem, w Imbirach, a pracował we WSI –
ściszył głos Jurek i rozejrzał lękliwie dookoła.
- We wsi?– zdziwiłem się reakcją Jurka – to chyba dobrze, w końcu Filipów to
gmina rolnicza...
- Nie we wsi, tylko Wu, S, I ,Wojskowe Służby Informacyjne – spojrzał na mnie
łaskawszym okiem Ślepawy, bo nic tak nie cieszy człowieka, jak stwierdzenie
faktu, że ktoś jest głupszy od niego – a tak naprawdę to nie we WSI, tylko w
UOP-ie, ćwoku jeden! – znowu zaatakował Jurka.
- Może i w UOP- ie.. . – Jurek trochę stracił rezon, ale widać było, że on nie z
tych, co łatwo się poddają, bo zaraz się poderwał i rzucił triumfalnie: - A
słyszeliśta, że on dwa tysiące emerytury dostaje? I zrzekł się pensji wójta! A
to też pewnie ze dwa tysiące! – dobił nas.
Zgroza nas ogarnęła i pomieszanie zmysłów. Dwa tysiące? Tyle zarabiać? I jeszcze
dwóch następnych się zrzec? Tyle pieniędzy? Jak można się zrzec? Toż to tyle
piwa można kupić, a ile wódki i na zagrychę by starczyło i nawet tego ruskiego
paskudztwa nie musiałby człowiek pić, o denaturze nie wspominając...
- Na pewno się zrzekł? Dwóch tysięcy się zrzekł? – dopytywaliśmy się
niespokojnie.
- Ano się zrzekł – odparł Jurek, ale tez jakoś tak niepewnie, bo i do niego
dotarła świadomość ogromu bezsensu tego aktu.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na tak niepojęte
postępowanie.
Aż nagle Ślepawy wykrzyknął z ulgą w głosie:
- Bo on Żyd jest!
Żyd? Jaki Żyd? Skąd tu nagle Żyd? I co ma piernik do wiatraka?
- Żyd, bo brodę nosi – zaczął wyjaśniać swoją teorię Ślepawy. Złapałem się
przerażony za swoją, ale Ślepawy porwany zapałem, wcale na mnie nie zważał i,
zdaje się, wcale mojej brody nie zauważył – A Żydy wiadomo, chytre są, on tak
dla niepoznaki, żeby się przypochlebić, żeby nas Polaków otumanić, niby dobry,
pieniędzy nie bierze, a potem nas wszystkich sprzeda! Niemcom sprzeda! –
gorączkował się Ślepawy.
- O ,jo, jo – pokiwał głową Jurek – a to chytre Żydzisko... – wyraźnie zmienił
front i sprzymierzył się ze Ślepawym, bo Polak to już taki jest, że musi znaleźć
na wszystko wytłumaczenie, co złego, to nie my, albo to wina ruskich, albo
Niemców, a na koniec, jak by nie patrzeć, to i tak wychodzi, że to sprawka
Żydów. Bieda – Żydy wszystko ukradli; pijaństwo – Żydy nas w karczmach
roozpijali, rząd do dupy – bo same Żydy w nim siedzą; Polskę do Unii wprowadzili
– Żydostwo nasz kraj zajmuje. Na wszystko jest proste i jasne wytłumaczenie. Żyd
winien!
- No, może nie jest taki zły, podobno tych ejdsowców z Monaru, co pod Filipowem
mieszkają karmi – moja przekorna , Markobrodaczowa natura jakoś nie mogła
strawić tej jednomyślności.
- A właśnie, właśnie ! – zdaje się, że trafiłem, jak kulą w płot, bo to była
tylko woda na młyn ich rozumowania - a czemu ich karmi? Bo oni nas, prawdziwych
Filipowiaków gnębią!
- Przybłędy, skurwysyny jedne !
- Nic nie robią, tylko chleją i się pierdolą!
- Narkomany, pijaki , ejdsowce!
- Wszystkie ze wszystkimi się pierdolą! – przekrzykiwali się wzajemnie – dobrze
chociaż, że te ichne bachory z naszej szkoły zabrali, bo to sodomacja była!
- Ty wiesz, co oni na nasze dzieci mówili? – pałał świętym oburzeniem Jurek –
jeden taki powiedział – „stuknij mnie jeszcze raz, a jak na ciebie plunę to Cię
ejdsem zarażę!
- To znaczy, że jednak nasze dzieci nie bardzo je lubiły? – spytałem z głupia
frant.
- Lubiły? A tłukły je, ile wlezie! Szkoda, że ich nie zatłukły!
- Tak jest, powinni ich wszystkich spalić, tak jak Hitler Żydów – Ślepawy wrócił
do swojego ulubionego tematu. – bo te Żydy...
- A kto im te jedzenie robi? – wtrąciłem pospiesznie, bo na temat Żydów to ja
już dość się nasłuchałem.
- A taka jedna, bar tu niedaleko prowadzi. Jak jej tam na imię? – Ślepawy
spojrzał pytająco na Jurka.
- Musi co Beata...
Beata? Dla mnie może ona być i Honorata. I tak mnie karmić nie będzie...
O to luks dziewczyna, fajna- wyraźnie ożywił się Jurek – o z taką to ja bym, ten
tego – rozmarzył się – czarnulka...
„eee, pewnie farbowana blondynka” pomyślałem.
- szczupła, nieduża...
„chudy kurdupel....”
- oczka ciemnie, jak migdały...
„pewnie zezowata...”
- ząbki białe...
„jak perełki. - białe, drobne, a w każdym dziurka, szczerbata Beata, szczerbata
Beata...”
Dziwna rzecz, im bardziej Jurek się roznamiętniał opisując tą Beatę, tym
bardziej mnie to wkurzało. Na próżno próbowałem w myślach zohydzić jej obraz,
wyobrażając sobie, że to jakaż pokraka. Jurek aż ślinić się zaczął wyobrażając
sobie jak on z tą Beatą ten tego, bara bara, a mnie nerw zaczął chwytać. Wyszło
na to, że ja, stary dziad, który tej dziewczyny na oczy nigdy nie widział, że ja
jestem o nią zazdrosny! Co za głupota! Ale świadomość bezsensu i śmieszności
tego faktu wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, gdy wyobraziłem sobie, że
on ją tymi ohydnymi łapami obejmuje, że lezie do niej ze swoją zapijaczoną
obrzydliwą mordą, całuje, to tak mną zatrzęsło, że niechybnie pizgnąłbym w łeb
tego całego Jurka, aż by się z krzesełka zwalił, a i pewnie nogami bym go
leżącego trochę sponiewierał, żeby nie przyszła mu do głowy głupia myśl, żeby mi
oddać, ale na szczęście napiętą sytuację rozładował Ślepawy.
Nadął się, widać coś mądrego chciał powiedzieć. No i rzekł uroczyście:
- Panowie, dorośli jesteśmy, więc nie ma co tu kryć: Baby nie przeruchasz, wódki
nie przepijesz!
O, co prawda, to prawda. Pokiwaliśmy głowami i każdy w myślach zrobił rachunek
sumienia.
Cóż, próbowałem i ja w życiu wszystkiego. Były i wina i wódki wszelakie,
barabolce, patykiem pisane, siarką zaprawiane, były i krzakówy i bimbry i ruskie
wynalazki i piwa różnorakie, za dobrych czasów to i te whisky, koniaki, burbony
szły, chociaż nie powiem żeby mnie to bardzo smakowało. Nie ma to jak nasze,
polskie, czyste. A zresztą nieważne jak smakowało, ważne że sponiewierało i o
tej szarej, nędznej rzeczywistości pozwalało zapomnieć. Tylko jakoś denaturatu
nie próbowałem. Zapach mi nie odpowiadał, a może kolor się nie podobał. Chociaż
głowy za to, że jego nie piłem, to bym nie dał.
Były i baby, a jakże. A najlepiej to było, jak ten Fundusz Wczasów Pracowniczych
funkcjonował. Przyjeżdżało to to z całej Polski spragnione przygód i rozrywki, a
ile to można się w tych jeziorach kąpać? Jakież tu były inne atrakcje? I nie
trzeba było dużego zachodu, ot parę miłych słówek –„księżniczko ty moja”,
„takiej pięknej dziewczyny jak ty, to tu jeszcze nie widziałem”, „chodź, pokażę
ci bunker z drugiej wojny światowej, potem jeszcze ci coś ciekawego pokażę”. I
szły. I oglądały. A jak jedna obejrzała, to drugiej powiedziała, tak że miałem
powodzenie, nie powiem, bo ja, chociaż kurduplowaty jestem , to zaganiacza mam,
że ho, ho! A może to właśnie dlatego? Jak z jednej strony nie urosło, to z
drugiej strony dobawiło?
Przeszło wszystko, minęło... Z miejscowymi też próbowałem, owszem, ale tu już
gorzej, bo to bardziej na poważnie. A ja raczej taki krótkodystansowiec byłem. A
jak która chciała na dłużej, to zaraz wyłaził mój paskudny charakter i tak
dziewczynie dokuczałem, że w końcu odchodziła, jedna po drugiej. Aż w końcu
jedna w złości powiedziała i to przy ludziach: „Wiesz, czemu ty , Markobrodaczo,
taki wredny jesteś? Bo ty mały jesteś i tobie serce o gówno się opiera!” I
śmiech się zrobił na całą wioskę i nie miałem już takiego powodzenia , a od tej
pory to jeszcze wredniejszy się zrobiłem.
Ech, niemiłe to było wspomnienie. Rozmowa się już jakoś urwała, każdy w
milczeniu przeżuwał swoje myśli, a że ciepło było, nic się nie działo, wójt się
nie pokazywał, wiec postanowiłem się zdrzemnąć Wyciągnąłem nogi, głowę
zwiesiłem, oczy przymknąłem i zacząłem sobie wyobrażać że leżę na łące. Bo mnie
się wtedy dobrze zasypia. Leżę sobie na tej łączce, słoneczko majowe przygrzewa,
kwiatuszki pachną, ptaszki świergoczą, bąki buczą, pszczółki brzęczą, a gdzieś z
lasanku wyszła piękna, długonoga sarenka...Tfu!
Nie wiedzieć czemu, tak mnie ta długonoga sarenka zdenerwowała, ze snu
wytrąciła, że aż plunąłem ze złości i oplułem but Jurka. Ten się wcale tym nie
przejął, tylko skrzętnie wykorzystał moją ślinę glansując but o nogawki swoich
spodni, bo wiadomo, że najlepszy połysk butom nadaje ślina. Inna rzecz, że jego
butom to akurat połysku nie dodało, ale i spodniom nie zaszkodziło. Tylko jakaś
urzędniczka, która przechodziła obok z dzbankiem na kawę spojrzała na nas
groźnie, przystanęła, otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale jak
popatrzyła na nasze ponure, zapijaczone i nieogolone mordy, to tylko machnęła
ręką i poszła dalej. A niech sobie idzie w kibinimatier. Jeśli chodzi o ścisłość
to dwie mordy były niedogolone, a jedna brodata, ale nie zmieniało to faktu, że
nadal tkwiliśmy pod sekretariatem jak te trzy kołki w płocie i nawet pies z
kulawą nogą nami nie chciał się zainteresować.
Długo to trwało. A kiedy tak człowiek tak siedzi dłuższy czas o suchym pysku to
dziwne rzeczy zaczynają się z nim dziać. Najpierw dygotać zaczął Jurek. Potem
mną zaczęło telepać. Nie wiem, czy dla towarzystwa, czy z rzeczywistej potrzeby
dygotać zaczął i Ślepawy. I tak nami trzęsło i rzucało, że dygotać z nami
zaczęły i krzesła i przeniosło się to na podłogę i w pewnej chwili stolik pod
wpływem wstrząsów zaczął odjeżdżać i nie wiem co by dalej było, bo zaczęliśmy
dygotać jednym rytmem i już kwiatki na parapecie zaczęły jeździć i tabliczki na
ścianach zaczęły lekko podzwaniać i pewnie zawaliła by się nasza gmina grzebiąc
pod sobą nas i całe te gminne tałatajstwo z wójtem na czele, bo już ściany
zaczęły wpadać w rezonans i wtedy już nie ma zmiłuj się i dlatego żołnierze
przez mosty muszą przechodzić swobodnym krokiem, bo ten rezonans to straszna
rzecz i wszystko wtedy się wali, ale wtedy nagle wójt nagle otworzył drzwi od
swojego gabinetu i wszedł do sekretariatu. Natychmiast te dygotanie przeszło
nam, jak ręką odjął i nadstawiliśmy ciekawie uszy.
- A niech to wszystko szlag trafi, żebym wiedział, że tu takie bagno, to w
życiu, bym się za to nie brał, papiery, papierki, sprawozdania, a te finanse...
– zaczął biadolić wójt.
Wtedy sekretarka coś po cichu do niego powiedziała, nie usłyszeliśmy co, ale
pewnie coś o nas, bo wójt zaczął krzyczeć:
- Pieniądze? Jakie pieniądze? To ja po całym województwie jeżdżę, wszystkie
klamki całuję, żeby użebrać coś na drogi, kanalizację, a oni myślą, że ja im
będę pieniądze rozdawał? A niech idą przy modernizacji parku pomogą, to może dam
im parę groszy...
Co? Nas, filipowską arystokrację do łopaty? Człowiekowi ciężko szklankę w ręku
utrzymać, a on nas do łopaty? Tak nas ta myśl przeraziła, że nawet nie
zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się na ulicy.
- Słyszeliśta? A to parszywe Żydzisko! Do roboty chciał nas zagnać! – palnąłem.
Ugryzłem się w język, bo w końcu skąd mi to wiedzieć czy on Żyd, czy nie Żyd i w
ogóle co to ma do rzeczy. Ale na dobre to wyszło, bo nagle Ślepawy odczuł do
mnie wyraźną sympatię i na piwo zaprosił.
- A ty szoruj do domu, bo cię już pewnie mamusia szuka – powiedział do Jurka.
Widać nie był taki hojny, żeby dwóch poić, no i Jurek obrażony poszorował, ale
nie powiem, żebym bardzo tęsknił za jego towarzystwem. Otworzyłem usta, żeby
powiedzieć mojemu nowo poznanemu przyjacielowi, że nie mam grosza przy duszy,
ale w porę przypomniałem, że przecież mam. Jeden grosz, ale grosz. A w końcu jak
chce stawiać, to niech stawia. I ruszyliśmy w wielkiej komitywie na te piwo do
Syperka, ale tu już nastąpił początek końca, czyli na scenę dziejów wkroczył mój
pech. Siedzieliśmy w tej gminie tak długo, że słońce wzeszło wysoko na niebo i
ciepło się zrobiło i ja, do peruki nieprzyzwyczajony niebacznie ściągnąłem ją z
głowy, myśląc że to czapka.
- Popatrz, co teraz za czasy, włosy wyłażą jak w teatrze, pewnie to przez tą
dziurę ozonową - próbowałem ratować sytuację, ale Ślepawy to stary wróbel był i
nie dał się nabrać na takie plewy.
- Szpieg! WSI ! UOP! Żyd ! – zaczął wrzeszczeć i próbował mnie złapać - Ludzie,
łapcie go! – krzyknął, bo odskoczyłem na bezpieczną odległość
Daleko nie musiałem uciekać. Wystarczyło odejść na dwa metry, bo tyle wynosił
zasięg jego szkieł. Patrzyłem ciekawie z bezpieczniej odległości, jak kręci się
jak gówno w przerębli, krzyczy i miota usiłując mnie złapać.
- Co się stało? Kto zmarł? Kogo zabili? – natychmiast, nie wiadomo skąd
zgromadził się mały tłumek.
Ludek filipowski bardzo ciekawy jest i nie przepuści żadnej okazji, żeby się
czegoś dowiedzieć i rozpuścić potem w wyolbrzymionej formie na cały świat.
- A nic się nie stało. Napił się denatury i szajba mu odbiła. Widać przez chleb
nie przepuścił – rzekłem nielitościwie, zły byłem, bo już prawie czułem w ustach
smak piwa, a tu nic.
- Aaaaaaa! – zaryczał Ślepawy jak ranne, wściekłe zwierzę i słysząc mój głos
rzucił się w moją stronę, więc już nie ryzykowałem i niespiesznie podszedłem w
swoją stronę do mojej chatynki.
Klękajcie narody, truchlej ludu chrześcijański, bo oto nadeszła ta straszna
chwila, co mi spokój ducha odebrała i napełniła lękiem bezbrzeżnym. Jeszcze
teraz gdy o tym pomyślę, tchu w piersiach mi brak i strach mnie ogarnia i
przerażenie. Otóż gdy tak sobie spokojnie szedłem do domu, nagle, z piskiem opon
zatrzymał się obok mnie jakiś ciemny samochód. Drzwi się otworzyły - wysiadł On.
Zaczął sunąć w moją stronę i tak jakoś dziwnie mówić:
- Aaaa, smarkobrodaczo, mam ciebie, markokbrodaczo, już mi się nie wywiniesz,
dopadłem cię....
Jedną ręką twarz zasłaniał, a drugą tak jakby zapraszał w ciemną czeluść auta.
Podchodził coraz bliżej i ciągle jakimś takim dziwnym głosem ni to syczał, ni to
charczał, ni to mówił:
- Nie podoba się? Głupoty w głowie? Szkalujemy? Opluwamy? A na kogo głosowałeś?
Chodź tu, markobrodaczo, chodź, już mi nie ujdziesz...
A ja stałem jak sparaliżowany. Nie wiem, czy mi ciemno w oczach się zrobiło, czy
to niebo pociemniało, czy to stado wron krążąc nad parkiem ochryple krakało, czy
też jakieś dziwne, latające stwory na niebie się pojawiły, chciałem uciekać,
lecz nogi wrosły w ziemię, chciałem krzyczeć, lecz głos mi uwiązł w gardle. A on
był już o krok ode mnie i już mnie brał i już mnie chciał wciągnąć do samochodu
i prawie mi do ucha wysyczał:
- Na mocy paragrafu 243 KK ... – ale w tym momencie ktoś wyszedł od „Firka”. I
on się spłoszył. Cofnął się nagle i szybko odjechał w stronę Gminy. I czar
prysł.
O, jak dygotały moje biedne starcze nóżki, gdym tak biegł, pochlipując i
przewracając się co krok do mojej zbawczej chatki! Jaki wielki lęk ścisnął
żelaznymi obcęgami moje stare zmęczone serduszko! Nagle uświadomiłem sobie, jaki
ja słaby, jaki ja stary i jaki ja głupi, że śmiałem zaczepić Władzę!
Gdzie jesteście, o przyjaciele moi! Ratujcie mnie biednego, starego głupca przed
tym strasznym człowiekiem! Czyżby to był sam Rzecznik Prasowy Urzędu Gminy? I
skąd on mnie, u czorta, zna?
RAF, przyjacielu, gdzie jesteś? Ty tak się dobrze znasz na paragrafach, co to za
paragraf 243 KK? Pomóż mi, oświeć mnie, ja Tobie rybek nałowię...
Benek, przebacz mnie durnemu staremu, jeśli Ci coś złego powiedziałem, co złego,
to nie ja, Ty taki silny jesteś, może byś mnie obronił?
Robo, rusz dupę z tych Jeziorek, przybądź, stań w obronie starego głupca, który
znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a chociaż nędzne te moje życie, to
każdy żyć chce i ja też...
Wzywam wszystkich, którzy mnie teraz czytają, błagam Was, może ktoś zna tego
strasznego człowieka. Wysoki, łysawy blondyn (a może tylko mi się tak zdawało),
samochód to chyba jakiś ciemny, może granatowy, chyba japoński (Mazda? – a może
tylko tak się przywidziało) Kiedyś krążyły po Polsce czarne Wołgi i ludzi
porywały, a teraz czarne Mazdy...
LUDZIEEEEEE! RATUNKU!!!!!!!!! POMOCY!!!!!
KONIEC
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, marzec 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
28 marca 2007
1501.WULGARYZMY
Doszły do mnie słuchy, że podobno jestem zbyt wulgarny w swoich wypowiedziach.
Otóż oświadczam, że nauki pobierałem u Mistrzów Mowy Polskiej takich jak: były
premier Polski i marszałek sejmu Józef Oleksy (nawet chyba był 1 sekretarzem,
ale to już dawno, dawno temu), redaktor naczelny największej i najbardziej
opiniotwórczej gazety Adam Michnik, czy jeden z najbogatszych ludzi w Polsce
Gudzowaty (imienia zapomniałem i wcale tego nie żałuję), że już o wicepremierze
Andrzeju Lepperze nie wspomnę. Niestety moi rodzice bardzo źle mnie wychowali -
w moim domu nie było słychać żadnych wulgaryzmów, przez co jestem mocno
niedostosowany do życia w naszym świecie. Ale staram się, jak mogę, nadrabiam
braki w wykształceniu, bo każdy ma jakieś ambicje a i po cichu marzę o karierze
politycznej. Może zostanę przynajmniej jakimś wicepremierem? Tylko te słówka....
Bez tego ani rusz, a ile ja się namęczyłem zanim zwykła „kurwa” przez usta mi
przeszła! A i teraz jeszcze czerwienię, kiedy publicznie wymawiam te słowo.
Nieprzystosowany jestem.
Mam też kłopot z wynajdowywaniem wiadomych słówek, bo też skąd mi je znać?
Niestety taśm z podsłuchów rozmów naszej elity wciąż jest jeszcze mało...
Ale mam dobrą nowinę. Znalazłem źródło!
A było to tak:
Szedłem zamyślony wymyślając jakieś przekleństwa („motyla noga”), kiedy podszedł
do mnie jakiś umorusany pędrak i żałosnym głosem poprosił: „da pan 50 groszy na
chlebek, już dwa dni nic nie jadłem...” Mocno rozkojarzony byłem, bo mu dałem,
czego natychmiast pożałowałem, ale było już za późno, bo gówniarz od razu
pobiegł do „Magdalenki”, czy jak tam ten kiosk się nazywa, a jakoś głupio mi
było gnać za nim, zwłaszcza że szybki był jak wiatr. Ale za czas jakiś patrzę -
idzie mój chłoptaś i loda żre! Pytam więc go grzecznie: „ No i jak tam chlebek
smakuje?” A on popatrzył na mnie wcale nie speszony i rzekł: „ A co, stary
chuju, pięćdziesięciu groszy żałujesz?”
Rozradowało się moje serce, wzruszyłem się, bo odkryłem ożywcze źródło mowy
polskiej! Próbowałem pogłaskać go po główce mamrocząc: „ach ty premierku mój
kochany!” i mało palca nie straciłem, bo w rękę mnie ugryzł. Ciekawa rzecz - im
bardziej ja byłem dla niego miły, tym bardziej on się wściekał i puszczał mi
takie wiązanki, że aż miło. Połowy nie rozumiałem np. co to jest „ pojebany
pedofil”? „Pojebany” jasna rzecz, ale „pedofil”?
Musiałem opuścić ukochane moje dziecię, bo rzucał się na mnie coraz bardziej
wściekły, skopał mnie po nogach, bo od jego pięści i zębów jakoś dałem radę się
od gonić, z nogami gorzej. Ale wiedziałem już, gdzie mam szukać natchnienia-
zakradłem się w krzaki obok naszej filipowskiej Sorbony i tam dopiero się
nasłuchałem! Nie zdążyłem notować. Tylko że dzieci spostrzegawcze są i zaraz
mnie nakryły. No i znowu nasłuchałem się o tym „pedofilu”. Musiałem opuścić
swoje stanowisko, na szczęście nazbierałem sporo materiału.
O dzięki Wam kochani Filipowiacy, że tak pięknie nasze dzieci wychowujecie!
Składam tą drogą serdeczne podziękowania również gronu pedagogicznemu, które
zapewne także wniosło duży wkład w proces wychowawczy naszej młodzieży. Rośnie
nam pokolenie premierów, posłów i prezydentów ! Niech nam żyje i rozkwita IV
Rzeczpospolita! Kurwa mać! Kurwa mać! Kurwa mać!
Copyright by Markobrodaczo, Fillipów, kwiecień 07. All rights reserved.
Markobrodaczo
3 kwietnia 2007
1510.Do Pana Markobrodaczo, nie wiem dlaczego, ale odnosze wrazenie jakbys Pan niechętny był Nowej Rzeczypospolitej (a 4 numer ponoc jej dano). Wnioskuje, ze schlebiasz Pan PostPRL owskim silom ... smuci mnie to to bo wystarczy postudiowac najnowsza historie narodu Polskiego by przekonac sie kto jest kto itd. Tylko id yota nie wyciagnie wnioskow, albo ten co szuka historii w GW (no bo krew mnie raz zalala jak Adam M. napisal jak to w czasie Powstania Warszaskiego Polacy masowo mordowali starszych braci w wierze ...).
nick
tel. 0-999-000-99
9 kwietnia 2007
1511.Do nicka: Nie znam pojęcia “Nowa
Rzeczypospolita”, a z numeracją też za bardzo się nie zgadzam. Jestem, byłem i
zawsze będę przeciwny głupocie, prostactwu, hipokryzji i zakłamaniu. Wniosek, że
jeśli ktoś jest przeciwny rządzeniu Polską przez ludzi, którzy nie odróżniają
smoka wawelskiego od dinozaura, gwałt na kobiecie uważają za zdrowy objaw
samczej jurności, a masową emigrację najbardziej przedsiębiorczych ludzi uważają
za „ucieczkę nieudaczników” to automatycznie jest zwolennikiem „postPRLowskich
sił” uważam za równie prosty, co prostacki.
Nie znam żadnego „Id yoty”(czyżby kolejny „Tajny Współpracownik”?) studiującego
najnowszą historię Polski, ale jeśli ta najnowsza historia Polski to jest raport
Macierewicza o obesranych portkach jakiegoś esbeka, to ja dziękuję bardzo,
postoję...
A propos’ starszych braci w wierze: Polska jest jedynym krajem na świecie, gdzie
koniec II wojny światowej nie oznaczał końca mordowania Żydów. Niestety pojawili
się tacy bezczelni Żydzi, którzy nie dość, że przeżyli wojnę, to mieli czelność
upomnieć się o swoje własne domy dawno zajęte przez Polaków! Cóż, nie było
wyjścia, trzeba było dokończyć to, co zaczął Hitler...
P.S. Próbowałem dodzwonić się na numer, który podałeś, żeby porozmawiać o
historii Polski, ale udało mi się dodzwonić tylko na Pogotowie Ratunkowe, a tam
mi powiedzieli, żebym im nie zawracał głowy, bo i tak mają masę telefonów od
„inteligentnych inaczej”.
P.S. nr. 2. Taki ze mnie „Pan”, jak z Ciebie historyk...
Markobrodaczo
9 kwietnia 2007
1535.W jednej z moich powiastek pojawiło się
magiczne, złowrogie słowo: „Żyd”. I nie trzeba było długo czekać, a pojawili się
Znawcy Historii, Posiadacze Jedynej Prawdy , tacy, którzy zawsze mówią: „Ja tam
antysemitą nie jestem, ale ...” i się zaczyna wyliczanka. I wtedy kończy się
rozmowa, bo to jest typ ludzi, do których nie docierają żadne argumenty, ich
wizja świata jest czarno-biała i nie potrafią albo nie chcą zmusić swój mózg do
pracy. Tak i tu: jeśli nie „pan” to już „towarzysz”, jeśli ateista, to na pewno
morderca, jeśli Polak, to Katolik (tylko z Małyszem kłopot, bo ewangelik, a tak
by się nadawał do wizerunku Wielkiego Polaka Katolika) i tak w ogóle to Polak
Katolik bardzo tolerancyjny jest, tylko nie lubi „kacapów”, gardzi „pepiczkami”,
„żabojadami”, „żółtkami” itd. itp. o „czarnuchach „ już nie wspomnę. Tylko Polak
Pan Katolik jest jedynym wybranym na świecie, najważniejszy i najmądrzejszy.
Tylko że jak pojedzie za granicę, po najczęściej popiernicza na szmacie u
jakiegoś Hindusa za parę dolarów za godzinę i gdzieś te skrzydła husarskie ma
głęboko schowane...
Szanowny „Veritas lux mea” (cóż za nick! ale to chyba na zasadzie „Quidquid
latine dictum sit, altum videtur”...) fakt , że we Francji zginął jakiś Żyd, że
Sowieci w obławie augustowskiej zabili kilkudziesięciu Polaków (m.in.
mieszkańców Filipowa) , że pogrom kielecki był najprawdopodobniej UBecką
prowokacją nijak się ma do tego że w Kielcach to Polacy własnymi rękoma
mordowali Żydów: dzieci, kobiety i mężczyzn. I ten fakt nie ma precedensu w
powojennej historii Europy. A Twoje argumenty są na zasadze: „a u was biją
murzynów... A w GW nie pisano o „masowym mordowaniu Żydów”, tylko o pojedynczych
przypadkach zabijania Żydów podczas Powstania Warszawskiego.
Ale po co ja to piszę, i tak nie zburzy to czarno białej wizji świata ani „vlma”,
ani „nicka”, żal mi tylko trochę RAFa, bo przeze mnie to i jemu się dostało.
Ale wróćmy na swoje podwórko: RAF, jakoś nie chce mi się wierzyć, że nie
przeczytałeś moich „długich i nudnych wywodów’. Rakowskiego czytasz z zapałem,
chociaż to dopiero jest nudne i długie, a moich postów nie dałeś rady
przeczytać? Oj, będziesz Ty widział te obiecane rybki, jak swoje uszy...
Markobrodaczo
14 kwietnia 2007
1563.NIEPOROZUMIENIE
Święta, święta i po świętach. Jak zwykle większości z nas minęły one bez
historii – obżarstwo, pijaństwo, telewizor, rapaholin, kwas z ogórków. Aha, w
międzyczasie wizyta w kościele, a może nawet dwie. Znam takich dwóch gorliwych
katolików co o północy dobijali się do wrót kościoła wrzeszcząc: „Proboszcz, ty
komunistyczny agencie, donosicielu, otwieraj, nie słyszysz, że naród przyszedł
się modlić, kurwa?”. Cóż, akurat w tym roku Wielkanoc bardzo zimna, a alkohol
mąci jasność umysłu i łatwo wtedy pomylić pasterkę z rezurekcją. Zresztą zbyt
czystych intencji to oni nie mieli. Tak się spili, że im krew w wino się
zamieniła, a niestety rano trzeba do domu wrócić w jako takim stanie, a coś im
się zwidziało, że proboszcz ma coś z tą przemianą wspólnego.
Takie nieporozumienie...
Ale nie wszystkim było dane spędzić święta w gronie rodzinnym, wśród przyjaciół.
Niektórzy
musieli wyjechać za granicę za chlebem, a że szkoda było wydawać ciężko
zarobionych pieniędzy na bilety musieli spędzać święta samotnie... Tak było też
i z naszym byłym adminem (Umarł król...Niech żyje król! Niskie pokłony dla
nowego admina...). Został biedak na obczyźnie i smutno mu było, a jak przyszedł
Wielki Piątek, to tak mu smutno się zrobiło, że poszedł do kawiarenki
internetowej, żeby chociaż wirtualnie połączyć się z Filipowem. I to był błąd...
Wlazł na stronę Filipów Online i jeszcze bardziej mu się zrobiło smutno, bo
wcale nie poznał swojego ukochanego dzieciątka, bo chociaż może i brzydsze było,
nie takie zielone, ale swoje, własną piersią wykarmione, krwią i piwem pojone...
A potem cholera go wniosła do Księgi Gości, a tam natknął się na opowieść „Markobrodaczo
idzie do wójta”. Te paskudztwo długie jest, a on szybko pisze, ale wolno czyta,
na dodatek przymusową abstynencję wprowadzić musiał, bo w tej Irlandii alkohol
strasznie drogi i to w każdej postaci, umysł bez dopalaczy słabo mu
funkcjonował, więc jak kończył czytać to musiał zaczynać od nowa, bo już
zapomniał , co było na początku. Tak, tak, mózg bez stymulatorów nędznie
pracuje, niech który spróbuje popić tak z tydzień, a porządnie, potem nagle
przerwie, to zrozumie o czym piszę. Będzie siedział ponury, drapał się w głowę,
patrzył przekrwionymi oczami w ścianę, a jedyną myślą w miarę logiczną będzie
pytanie: „Co by tu, do cholery, wypić i za co? I czemu te muchy tak okropnie
tupią? Podkute, czy co?”
Tak i naszemu byłemu adminowi ciężko się myślało, siedział w tej kawiarence,
czytał i czytał, godzina mijała za godziną, aż w końcu coś dotarło do jego
mózgownicy. A pierwsza myśl to była taka, że przecież za darmo on tu nie siedzi,
więc rzucił się do płacenia. Zapłacił i wyszedł na dwór. I wtedy przyszło
olśnienie. Zrozumiał całą treść tej powiastki, pojął też, że na czytanie jej
stracił tyle pieniędzy, że mógłby spokojnie przybyć do swojego ukochanego
Filipowa, pobalować dwa dni i wrócić z powrotem, a tak to miesiąc pracy poszedł
w pizdu... I sam już nie wiem, czy to ta świadomość, czy też treść opowieści go
tak wytrąciła z równowagi, a może jedno i drugie, w każdym bądź razie zaczął
ryczeć strasznym głosem i walić głową w drzewo, które akurat niebacznie wlazło
mu w drogę..
Huk się zrobił straszny, bo głos, można powiedzieć, ma operowy, a i głowę
twardą, tak, że tylko echo po lesie szło, więc zaraz zbiegł się tłumek
Irlandczyków, który stał w niemym osłupieniu próbując pojąć o co tu chodzi. Aż
jeden z nich usłyszał magiczne słowo, które od czasu do czasu nasz przyjaciel
wyrzucał z siebie. „Kulfa! Kulfa! To Polak jest! Oni wszyscy mówią „kulfa!” –
rzucił triumfalnie nasz poliglota. Trochę to uspokoiło Irlandczyków, bo wiadomo,
jak Polak, to wszystko jest możliwe, ale nadal nie znali przyczyny tego
zachowania, dziwnego, nawet jak na Polaka. Aż jeden zrozumiał. A przynajmniej
wydawało mu się, że zrozumiał, bo powiedział tak:
- Azaliż nie wiecie, że to dzisiaj Wielki Piątek jest? A Polacy to wielce
katolicki naród jest? Niewątpliwie człowiek ten pokutę czyni na pamiątkę... O
zaiste, wielkiej wiary musi być ten człowiek!
I zupełnie już innymi oczami spojrzeli na niego Irlandczycy, z szacunkiem i
podziwem. I ulgi wielkiej doznali, bo nic tak człowieka nie trwoży i niepokoi
jak Nieznane i Niewyjaśnione. I wtedy drugi odezwał się w te słowa:
- Słuchaj ludu chrześcijański! A czy my, Irlandczycy, gorsi jesteśmy? Toż my też
katoliki! Bierzmy przykład z tego bogobojnego człowieka!
I nie myśląc wiele przykląkł przy najbliższym drzewie i zaczął w nie stukać
rytmicznie głową. Nie było wyjścia. Nikt nie chciał być czarną owcą,
odszczepieńcem i heretykiem. Rad niewola wszyscy zaczęli stukać głowami. A każdy
robił to na swój sposób. Jeden stukał bokiem, drugi na kolanach, trzeci trykał
niczym baran walczący na wiosnę z drugim baranem o względy owieczki, inny zaś
dumał stukając: „Że też mnie tu cholera przyniosła, akurat potrzebne mi to” I
spoglądał spode łba z nienawiścią na swoich współtowarzyszy, a walił bodajże
najmocniej, wiadomo, na złodzieju czapka gore, nie chciał żeby ktoś posądził go
o niedowiarstwo, lub, co gorsza, herezję, więc walił, aż krew bryzgała na
wszystkie strony.
Kiedy admin trochę doszedł do siebie ujrzawszy ten przedziwny widok najpierw
zachichotał, potem się przeraził i uciekł.
Owi Irlandczycy zaś bardzo potem żałowali, że go nie zatrzymali, spontanicznie i
radośnie zawiązali Stowarzyszenie Stukaczy Głową pod wezwaniem Pukniętego Polaka
i podjęli zobowiązanie, że teraz już co roku będą spotykać się w tym samym
miejscu, o tej samej porze, by spełnić swój obowiązek, a dzień ten został
obwołany Dniem Zakutego Łba. Prezesem Stowarzyszenia czyli Wielkim Stukającym
został oczywiście ten, co ich szczerze znienawidził, ten, co najmocniej stukał,
bo żeby nie zdekonspirować się ze swoją nienawiścią najgłośniej krzyczał, że
trzeba rozpocząć Nową Tradycję. I jak znam życie, to niewątpliwie szybko ta
organizacja urośnie w siłę, a za czas jakiś nasz admin zostanie obwołany
błogosławionym i świętym Wielkim Walniętym, ale swoją drogą należy się to
chłopu, szkoda tylko, że nic o tej sekcie swojego imienia nie będzie wiedział,
no bo i skąd.
A wszystko przez zwykłe nieporozumienie.
Czort z tą sektą, wiele takich na świecie, bo, dzięki Bogu , głupców nie
brakuje, ale znam historię, która tragicznie się skończyła, a to też przez
zwykłe nieporozumienie.
Otóż pewnego razu trasą E8 jechała samochodem pewna kobieta. A że jej się
nudziło to włączyła radio, a tam jakiś Gąsiorowski, czy też Kogutowski (nie
pamiętam nazwiska, bo się polityką nie interesuję) opowiadał, że oto powstała
Nowa Rzeczypospolita numer któryś tam z kolei, coś jak „Rambo VII, czy VIII”,
film kolejny, a treść ta sama, tak samo zresztą gówniana. Nie wiem co tą kobietę
tak rozśmieszyło, ale zaczęła się histerycznie śmiać i natychmiast Bozia ją
pokarała, bo z Władzy kpić nie wolno. Szczękę sobie zwichnęła i jechała z tą
otwartą gębą jak jakaś głupia. Zajechała do motelu, jakich wiele przy drodze, „Szajsbar”,
czy coś takiego i zaczęła pokazywać kierowcom na te szeroko otwarte usta, żeby
jej pomogli, no i tu zaszło nieporozumienie, bo oni wcale opacznie jej gesty
zrozumieli i gdzieś w krzaki za tym barem zaciągnęli. Co tam robili, to pisał
nie będę, jeśli ktoś jest ciekawy, niech zajdzie do pierwszego lepszego kiosku,
nomen omen, „Ruch” i tam jest bardzo bogaty dział przyrodniczy pt. ”Zachowania
godowe samic i samców gatunku homo sapiens w czasie rui”. Jak wiadomo okres rui
u tego gatunku trwa cały rok, nic więc dziwnego, że i dział bardzo obszerny,
pełno czasopism bogato ilustrowanych, płyt DVD i kaset VHS, więc można
wszystkiego o tych zachowaniach się dowiedzieć, a są nieraz bardzo dziwaczne i
niezrozumiałe, wiem, bo sam to czytałem i oglądałem, w celach naukowych
oczywiście.
Cóż, kobieta nie uzyskała takiej pomocy jakiej chciała i dalej pojechała. Jak
zajechała do domu i chłop zobaczył co ona ma w ustach i w jakim jest stanie
(TIR-owcy niezbyt delikatne są i troszkę jej bluzkę niechcący poderli,
biustonosz zresztą też) to o nic nie pytał, tylko trzasnął ją lewym sierpowym i
szczęka od razu na swoje miejsce wskoczyła z takim impetem, że aż. ta śmietana
na boki trysnęła. Kobieta głos odzyskała, ale niewiele jej to pomogło, bo i tak
chłop w te jej wyjaśnienia nie uwierzył.
Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo chociaż kierowcy Tirów to są
chłopy jurne, gwałtowne i niezbyt delikatne, ale za to uczciwe i okazało się, że
miała pełno pieniędzy poutykanych gdzie popadło, we wszystkich kieszeniach, za
bluzką, w biustonoszu, a nawet w majtkach. Prawdę mówiąc, nie wiedzieć czemu, w
majtkach miała najwięcej. A pieniądze były różne , różniste, bo i towarzystwo
było międzynarodowe, więc znalazły się tam i dolary i lity i łaty i korony, a
nawet jakieś dziwne obrazki które potem okazały się być chińskimi yuanami.
Wszędzie miała te pieniądze, nawet tam, gdzie słońce nigdy nie dochodzi, ale
chłop je wszystkie wygrzebał i wszystkie w ramach sankcji zabrał, tak. że
kobieta nic z tego nie miała, tylko na koniec po tym grzebaniu jeszcze sraczki
dostała. Jak się komu nie wiedzie, to na całego, jak to mówią nawet psy nie
chcą... ten tego, nieważne....
Chłop, rzecz jasna, od razu do karczmy pomaszerował i tam dopiero się zaczął
bal! Oczywiście nie powiedział, skąd ma tyle forsy, umyślił bajkę, że w toto
lotka wygrał, zresztą nikt za bardzo się nie dopytywał, bo chłop forsy nie
żałował, wszystkim stawiał, ale
wszystko co dobre szybko się kończy, minęło może dwa tygodnie, może miesiąc,
skończyły się pieniądze i chłop zjawił się z powrotem. Siedział przy stole
ponury, skacowany i coś tam dumał. Nic z tego dumania nie wychodziło, tyle, że
zaczęły mu się ręce „śmiać się”, co znaczyło, że delirka jest tuż, tuż, trzeba
było się ratować, więc chłop rzekł do żony: „ A może by ty, ten tego, znowu do
tego baru pojechała?”. A ona nic nie odpowiedziała, tylko z chałupy wyszła. I tu
zaszło kolejne nieporozumienie, tym razem tragiczne, bo chłop myślał, że go
posłuchała i do tego baru pojechała i już się cieszył, już ręce zacierał, ale
długo się nie pocieszył, bo kobieta wcale daleko się nie wybrała, tylko poszła
do świeronka, wzięła siekierę, zaraz wróciła i tą siekierą chłopa zarąbała...
Co było potem? A co miało być. Sąd był. Ale na szczęście dla tej kobiety akurat
tu znalazła całkowite zrozumienie, bo sąd był płci żeńskiej, i tak jakoś wyszło,
iż sądowa prawda okazała się taka, że chłop wrócił pijany z gospody i niechcący
przewrócił się na siekierę, którą sam był zostawił w szparze między deskami.
Pech chciał, że siekiera tkwiła tam ostrzem do góry, a chłop tak się przewrócił,
że akurat trafił głową w te ostrze. Co ciekawe, przewracał się wielokrotnie i
zawsze trafiał tą głową w siekierę, tak że całkowicie ją sobie zmasakrował, aż
mózg po ścianach pryskał. Zeznań kobiety sąd nie wziął pod uwagę, zwłaszcza że
durna baba twierdziła, że to ona swego męża siekierą zabiła, ale biegły sądowy
orzekł bez żadnych wątpliwości , że na widok nieżywego męża doznała szoku,
wystąpiła u niej pomroczność jasna, czy coś w tym rodzaju i w ogóle nie wie co
mówi i kobietę uniewinniono.
No i tak. Chłop się znalazł na cmentarzu, a kobieta ... w tym barze. Jak daję
słowo. Widocznie bogobojna ta niewiasta postanowiła ostatnią wolę męża spełnić i
sam ją widziałem jak przy drodze przy tym barze się gimnastykowała. Robiła tak
zwanego „pajacyka”, czyli podskakiwała i nogami i rękami machała. Musiało jej
być bardzo gorąco, bo bardzo kuso była ubrana i gdy tak podskakiwała, to
zauważyłem, że majtek nie miała. Ale humor jej dopisywał, bo się do każdego
kierowcy uśmiechała i rękami machała. Przyglądałem się chwilę tej gimnastyce, a
potem pomyślałem, że może ona tak do tych kierowców macha, bo chce podjechać,
więc podjechałem i spytałem:
- Podwieźć Cię?
- Nie, po trzysta – uśmiechnęła się radośnie i pochyliła się do mnie tak, że
zauważyłem, iż biustonosza też nie miała.
- No to do widzenia – rzekłem grzecznie, bo nie bardzo zrozumiałem, o co jej
chodzi.
- Spadaj, chuju – odparła pogodnie i pomachała ręką do następnego
przejeżdżającego samochodu.
No to spadłem., to znaczy odjechałem. I coś mnie taka uporczywa myśl dręczy, że
chyba tu znowu zaszło jakieś nieporozumienie.
No to w zasadzie koniec tej powiastki. Morał by się jakiś przydał, albo
przynajmniej wniosek jakiś, ale jaki tu może być morał? Opowieść, prawdę mówiąc,
wyszła jakaś głupia, obrzydliwa i całkiem bez sensu. Nie warto czytać. Jeżeli
ktoś doczytał do końca, to ja bardzo przepraszam. Strata czasu.
No dobra, skoro komuś chciało się czytać te głupoty, to chociaż jakiś morał mu
się należy. Niech no ja pomyślę...
Po pierwsze – nie ma takiej głupoty na świecie, której by człowiek nie wymyślił,
i , co gorsza, zrealizował.
Po drugie – nie wszystko, co jest napisane, nadaje się do czytania, wręcz
przeciwnie, świat byłby zapewne o wiele lepszy, gdyby jeden dureń czegoś nie
napisał, a drugi dureń tego nie przeczytał.
Po trzecie – kobieta bardzo dziwnym i niezrozumiałym stworzeniem jest. Ale o tym
już następnym razem.
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, kwiecień 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
20 kwietnia 2007
1570.Pojawiły się sugestie na tym forum jakobym
był jakowymś „kłamczuszkiem”.
Ja stanowczo protestuję!!!! Nigdy nie byłem , nie jestem i nie będę żadnym „kłamczuszkiem”!!!
Jestem natomiast wrednym, obrzydliwym, paskudnym Łgarzem, Kłamcą, Konfabulantem,
Dewiantem i Ministrantem (byłym). Wystarczyło trochę poczytać moich wpisów, żeby
się o tym przekonać i wielkiej inteligencji tu nie trzeba. Już kiedyś pisałem o
tym, ale powtórzę jeszcze raz – nigdy z moich ust nie padło słowo prawdy!
O pardon, znowu kłamstwo. Nie tak dawno niechcący powiedziałem prawdę i
natychmiast dostałem wstrząsu prawdogennego, zaczęło mnie dusić i niechybnie
zginąłbym marnie, ale zachowałem przytomność umysłu i ostatkiem sił wyrzęziłem:
„ Nasza prezydentowa jest najpiękniejszą kobietą na świecie”. I od razu puściło.
Ale teraz już się pilnuję, bo nie wiem czy drugi raz te antidotum zadziała,
zwłaszcza że jak ją odstroili w jakimś kobiecym piśmie, to nawet zaczęła mi się
podobać.
W IPN-ie nie mam żadnej teczki. Moje akta, donosy i opis działalności zajmują
kilkaset tomów, tak że musieli wydzielić na nie osobne piętro. Jeden historyk
zaczął to czytać i za parę dni się powiesił, drugi zaczął czytać i zwariował,
zaczął pleść jakieś bzdury np. że Ziemia jest okrągła; inny zaś bardzo wytrwały
i wytrzymały był, przebrnął przez dwa tomy, ale w połowie trzeciego załamał się,
zapisał się do Karmelitów Bosych, poprzysiągł że już w życiu słowem się nie
odezwie, siedzi teraz w celi trzeci rok i w ścianę się patrzy, ale też chyba coś
mu na umysł poszkodziło, bo siedzi w gumiakach.
Od tej pory na drzwiach do tego piętra zamontowano kraty, wstawiono siedem
zamków, zalakowano je siedmioma pieczęciami, na koniec przyszedł ksiądz i je
zaczął chlapać święconą wodą, ale nie wiadomo czy to pomogło, bo tylko strasznie
huknęło, błysnęło, smród siarki się rozszedł i wszyscy uciekli. Do tej pory
śmierdzi pod tymi drzwiami tak, jakby ktoś tam siedmiopasmową autostradę kładł.
Słyszałem, że pracownicy IPN-u zamówili cotygodniową mszę w intencji, żeby nikt
nie wpadł na szalony pomysł zlustrowania mojej skromniej osoby, bo wtedy trzeba
byłoby te drzwi otworzyć. Ale czy to prawda to nie wiem.
Ktoś tu się zapytowywowyje, czy mam kłopoty z osobowością. No to ja się pytam z
którą osobowością, bo mam ich, lekko licząc, kilkadziesiąt. Faktycznie nieraz
trudno mi się w tym połapać, zwłaszcza, ze jedna z nich ma rozczworzenie jaźni,
a może nawet rozpięciorzenie. Kim jestem – nie wiem sam, to zależy od pory dnia,
nastroju, kierunku wiatru, otoczenia w którym przebywam, forum na które wchodzę
itd. itp. I tak np. bywam biskupem, ale to nędzna fucha, bo trzeba chodzić w
takim śmiesznym ubraniu i jeszcze bardziej idiotycznej czapce na głowie. Ale
ciekawa rzecz, nikt się ze mnie wtedy nie śmieje, wręcz przeciwnie, na kolana
przede mną padają i po rękach całują. I to najczęściej kobiety. Ale wbrew
pozorom nie jest to wcale przyjemnie, bo niestety są to kobiety najczęściej w
wieku mocno poprodukcyjnym, strasznie się ślinią, a ja obrzydliwy jestem i
trzeba mocno uważać, bo często, gęsto, jak która się przyssie, to sztuczna
szczęka mi na ręku zostaje i potem są kłopoty.
Kobietą też bywam, najczęściej w czwartki między 16.00 a 20.00 z tym że w dni
parzyste jestem blondynką, a w nieparzyste brunetką. I, wbrew obiegowym opiniom,
z blondynką można się dogadać, a z brunetką ni cholery, szkoda czasu.
Myślę, że teraz już jest pełna jasność co do mojej osoby i nikt tu już nie
będzie zadawał głupich pytań i domyślał się Bóg wie czego.
„Kłamczuszek”, coś podobnego, dobre sobie, nikt mnie chyba jeszcze tak strasznie
nie obraził...
Markobrodaczo
23 kwietnia 2007
1576.UWAGA! UWAGA!UWAGA! SUPERWAŻNA WIADOMOŚĆ
DLA KIBICÓW PIŁKI NOŻNEJ Z FILIPOWA!!!!
Dzięki staraniom niżej podpisanego udało się wynegocjować piękną rzecz. Otóż
jedno ze spotkań piłki nożnej EURO 2012 odbędzie się w Filipowie! Będzie to mecz
POLSKA – SZWECJA. Spotkanie jest pomyślane jako rewanż za bitwę z 1656 roku,
którą sromotnie przegraliśmy. Jak się przewodniczący Komitetu Organizacyjnego o
tym dowiedział, to się bardzo zdenerwował, ze złości aż podskoczył i guza sobie
o blat stołu nabił, co go rozwścieczyło jeszcze bardziej i wtedy wrzasnął: „ Jak
nie dał im rady Gąsiewski to załatwi ich Kaczyński!” Odpowiedzialnym za
organizację tego spotkania został niejaki Gosiewski, który natychmiast
przystąpił do pracy i wydał już pierwsze decyzje.
Jak się okazało stadionu w Filipowie nie ma potrzeby modernizować! Wręcz
przeciwnie uprasza się okoliczną ludność do znoszenia jak największej ilości
kamieni (mogę podpowiedzieć, że duża ilość tego cennego materiału znajduje się
na przy skrzyżowaniu ulic Joryzdyka, Bema i Olendry. W zamian za to ma tam
powstać rondo im. Szalonej Kobyły.) Odpowiedzialnym za wykonanie tego zadania
jest niejaki Kaminiak, co ma na .......... siniak.
Wszyscy okoliczni mieszkańcy są zobowiązani do poluzowania sztachet w płotach.
Nie ma potrzeby wyrównywania powierzchni boiska, wręcz przeciwnie potrzebni są
ochotnicy do kopania rowów. Usuwanie szkieł z boiska będzie karane grzywną i to
w trybie natychmiastowym przez sądy 24-godzinne.
Zakazuje się sprzedaży piwa w puszkach, ma być tylko w butelkach, a butelki będą
komisyjnie tłuczone na terenie boiska.
Na czele miejscowego Komitetu Organizacyjnego ma stanąć oczywiście pan wójt,
zastępcą ma być pan Magierski, trener kategorii...,( sorry, zapomniałem której
kategorii, proszę o uzupełnienie mojej wiedzy.). Poszukuje się następnych
kandydatów do komitetu. Proszę podawać nazwiska wraz z krotką charakterystyką.
Dobre wieści szybko się rozchodzą, już zgłaszają się zawodnicy chętni do wzięcia
udziału w tym spotkaniu i to nie tylko z Polski. I tak np. z Czech zadzwonili
trzej słynni hokejowi napastnicy: Popil, Poruchal i Smutny. Obiecali że wezmą ze
sobą kije heba nowe, czy też tyta nowe, dokładnie nie wiem, bo dzwonili z Koszyc
i tam jakiś Hawranek strasznie zakłócał połączenie, pewnie to jakiś pieprzony
czeski tajny agent.
Z Litwy zgłosił się niejaki Łapas Drutas, mówi że na pewno się przyda, bo umie
zeżreć na raz kilo smalcu z cukrem, musi tylko popić to litrem spirytusu, a
Ukrainiec Iwan Pomylenko herbu „Niemazmiłujsie” na wieść o tym spotkaniu
zaryczał „zariezu, jej Bohu, zariezu!” , wpadł w bitewne uniesienie, zerwał
szablę ze ściany i zanim go powstrzymali wyciął pół swojego sadu. Trzeba
przyznać, że mocny bimber nad tym Donem pędzą.
Zjawił się nawet jakiś Tatar. Twierdził .że nazywa się Jakub Boski i ma krewnych
w Filipowie. Znajomości szukał, zaraza jedna, ale faktycznie jak zaczął jednym
okiem mrugać, drugim zezować po ścianach, strzyc uszami, to morda mu się tak
rozjechała, że zaczął mi kogoś przypominać. Muszę tego kogoś zapytać, czy nie ma
jakowych Tatarów w rodzie.
I to na razie tyle wieści. Ogłaszam pełną mobilizację i czekam na odzew,
kandydatów do komitetu i konstruktywne pomysły.
Proszę o poważne potraktowanie tego apelu, czasu nie ma wcale tak dużo!!!
Ozcadorbokram
28 kwietnia 2007
1582.Oświadczam, że nie mam nic wspólnego z
jakimś Ozcadobokramem co sugeruje niejaki Niej, bo nie umiem pisać ani czytać
wspak czyli do tyłu. Oczywiście wiem, że można to zrobić za pomocą lusterka, ale
po pierwsze moje lusterko jest zaśniedziałe i mało co w nim widać, zwłaszcza, że
jak moja kobyła trzyma je w pysku, to nozdrzami na nie dmucha i ono zaparowuje,
na dodatek strasznie chichocze te głupie bydlę i lusterko się trzęsie i nic nie
można w nim przeczytać.
Po drugie całkowicie się na piłce nie znam, co trafnie Niej zauważył..
Co jakiś czas pojawia się tu jakiś pan Mariusz Magierski i pisze o wynikach, ale
nigdy tych wyników nie podaje, chociaż działania które podaje są bardzo proste,
nawet jak dla mnie.
Panie Magierski !
Trzy odjąć zero to jest trzy (3 - 0 = 0), zero podzielić na zero to zawsze
będzie zero (0 : 0 = 0), a zero minus jeden to jest minus jeden ( 0 – 1 = -1).
Ja tam bym się wstydził z taką niewiedzą obnosić, na dodatek komisyjnie nad tą
matematyką się biedzą, bo w składzie kilkunastu osób. Lepiej przyjdźcie do mnie
na korepetycje, tanio biorę, po jednym piwie od łebka i nie ogłaszajcie się tak
publicznie z Waszym matematycznym dyletanctwem.
Co do tej piłki to jeszcze tyle wiem, że jedno z bardziej równych pastwisk mojej
kobyły jest nazywane „boiskiem” i często około niedzieli słychać stamtąd
straszliwe wycie, jakieś potępieńcze ryki, widocznie to ten pan Magierski ze swą
bandą nad matematyką się morduje, co widać wielki ból im sprawia, bo też i nigdy
wyników swoich działań nie napisał…
Niemniej jednak czuję się wywołany do tablicy i obiecuję, że sprawdzę dokładnie
co tam się dzieje i Wam relację z tego zdam. Muszę tylko nabrać odwagi, bo
jeszcze nie doszedłem do siebie po wizycie w Urzędzie Gminy, a te wrzaski są
naprawdę przerażające i obawiam się , że ze swoim parszywym szczęściem znowu
sobie jakiej biedy napytam.
Markobrodaczo
1 maja 2007
1642.MARKOBRODACZO-DONOSICIEL
No już nie zdzierżę, muszę złożyć donos. Zresztą to teraz modne, więc i wyrzutów
sumienia nie mam żadnych.
Donoszę uprzejmie, że były admin jest świnia, cham i prostak. Oraz swołocz. Że
on świnia jest, to ja wiedziałem od dawna, ale że aż taka, to nie.
Otóż tak się złożyło że mam to nieszczęście znać go osobiście. (Oj doloż moja,
niedolo!) I pamiętam jak dziś, jak przed wyjazdem na obczyznę padał przede mną
na kolana, płakał, całował po rękach i prosił: „ Markobrodaczo kochany, ja tu
muszę ruszać za chlebem w kraj daleki a tu zostawiam dziecię moje ukochane, moją
osobistą stronę o Filipowie nocami pisaną, krwią z rozbitego nosa i piwem
pojoną, toż ona beze mnie uschnie, zginie marnie, umrze śmiercią naturalną, bo
nikt jej nie będzie czytał, ani oglądał, a ona jak kobieta jest, muszą ją
oglądać i podziwiać, bo bez publiczności schnie i brzydnie... Napisz tam coś od
czasu do czasu, niech chociaż w Księdze Gości coś się dzieje, jak wrócę, to się
odwdzięczę. Ty taki mądry jesteś, jenteligentny, co to dla ciebie...”. I tak
mnie prosił i molestował i przypodchlebiał się, że aż w końcu uległem i mu to
obiecałem. A u mnie słowo droższe pieniędzy.
Ale czymże tych ludzi zainteresować? Czym na tej stronie utrzymać? I tu wpadłem
na gienialny plan. Aż sam sobie się dziwiłem, że ze mnie taki Gieniuś. Otóż
postanowiłem podsrywać, podszczypywać, donosić, plotkować i opluwać. Bo nic tak
ludzi nie cieszy, jak świadomość, że są jeszcze gorsi od nich, nic bardziej nie
interesuje, jak zawartość cudzych garnków, nic nie sprawia większej radości i
uciechy jak cudze nieszczęścia. A im większy autorytet, im bardziej
nieskazitelna postać, tym większa radość jeśli uda się coś z tego pomnika
uskrobać.
Zabrałem się raźno do dzieła, dostało się i wójtowi i plebanowi i wszystkim po
kolei. Doszło do tego że sam siebie oplułem, a to nie jest wcale takie łatwe.
Trzeba umiejętnie plunąć w górę na odpowiednią wysokość, żeby mieć czas pod
własną ślinę podbiec. To wcale nie jest proste, szczególnie kiedy wieje silny
wiatr.
Wrogów sobie narobiłem w całym Filipowie, ksiądz proboszcz mnie od kościoła nie
wpuszcza, wójt na mnie jakowychś rzeczników prasowych nasyła, inni widły i kosy
ostrzą. Tematów mi już zaczęło brakować i śliny, całe szczęście że w
międzyczasie były wybory wójta, to Filipowiacy zaczęli opluwać się sami, oj
wiele się wtedy dowiedziałem, wiele nowych teczek założyłem, niektórym osobom
musiałem dodatkowe zakładać.
A co na to admin Romek? (Też mi nick: Romek - atomek) A puścił w cholerę tą
stronę w obce ręce, sprzedał ją bezwstydnie, a mi za moje trudy i starania, za
moje poświęcenie nawet jednego piwa z tej Irlandii nie przywiózł. I bądź tu,
człowieku, dobry...
Dlatego też nigdy nikt mnie więcej nie nabierze na jakieś dobre uczynki. I nawet
jak jakaś staruszka mnie poprosi, żebym ją przez ulicę przeprowadził, to nic nie
powiem, tylko od razu lutnę ją w łeb, aż się nogami nakryje. I tak jej to na
dobre wyjdzie, bo nie będzie się więcej szwendać po ulicach, pogoda taka
niepewna, jeszcze ja przewieje, przeziębi się i umrze, albo jaki samochód
przejedzie, albo, co nie daj Boże jakiś chuligan napadnie i pobije. Więc w
zasadzie to też będzie dobry uczynek, już widać taki mam dobry charakter.
Więcej tu się udzielać nie będę. Ale nie cieszcie się Filipowiacy za bardzo, nie
nie! Przez ten czas nazbierałem sporo materiału, każdy z Was ma u mnie założoną
teczkę i nikt nie zna dnia ni godziny, kiedy zastukam do jego drzwi z propozycją
nie do odrzucenia. W końcu z czegoś żyć trzeba. I niech nikt się nie czuje zbyt
pewnie, bo świętych nie ma, a nawet gdyby, to istnieje stara zasada – jeśli w
kogoś się gównem często rzuca to zawsze się coś tam w końcu przyklei.
DRŻYJ FILIPOWSKI NARODZIE!!!!!!
Markobrodaczo
16 maja 2007
1674.MARKOBRODACZO IDZIE DO LEKARZA
Nie ma chyba nic przyjemniejszego niż słoneczny majowy poranek. Słoneczko
świeci, ptaszki świergolą, wszystko powoli budzi się do życia. Oj, jak
przyjemnie wyjść na próg chatki, poprzeciągać się, poziewać, a potem wyszczać
się na kamień. Lekko się robi na duszy, lekko i na ciele.
Ale któregoś razu wyszedłem jak zwykle oddać naturze pierwszy poranny mocz, a tu
nic. Zaparło się. Niby coś tam ciurka, ale bardzo niechętnie i jakoś tak boleć
zaczęło. Ojojoj, niedobrze, trudna rada, trza iść do doktora. Nie lubię szwendać
się po lekarzach, ale co począć, jak mus to mus.
Pół Filipowa obszedłem, bo nie chciałem koło Urzędu Gminy przechodzić, tak że
prawie o jezioro Kamienne zahaczyłem. Pomyślałem nawet przez chwilę, czy by się
nie wykąpać, a nuż zechce mnie doktor zbadać, ale szybko mi ta głupia myśl
przeszła, bo po pierwsze, woda jeszcze zimna, a po drugie nasz Filipów, jak
wiadomo nie jest skanalizowany , wszystkie ścieki idą prosto do Filipowki,
Filipówka do Kamiennego, o nie, nie będę ja się w czyichś gównach taplał.
Doktor jakiś taki nadęty siedział niczym jaka chmura. Burzowa, a może i gradowa.
Spojrzał na mnie z obrzydzeniem i pyta:
- No to co.... panu .... dolega?
Uj, ciężko mu ten „pan” przez usta przeszedł, ciężko. Nie spodobało mnie się to,
ale w końcu to ja do niego po prośbie przyszedłem, nie on do mnie, więc pokornie
mówię:
- Panie doktorze, taka to a taka sprawa, szczać się chce, a za bardzo nie idzie
a i tak jakby bolało?
- Zapalenie cewki moczowej, albo przerost prostoty – zawyrokował – trzeba
badanie w rabolatorium zrobić i z wynikami przyjść.
Co on, zgłupiał, czy jajca ze mnie robi? Zapalenie? Owszem, jak się przed wojną
„tropy” znaczy się eter piło, to czasami niektóry niechcący od papierosa się
zapalił i wtedy trzeba było takiemu naszczać do gęby, bo zwykła woda tego nie
gasiła, ale przecież już dawno tego świństwa nikt nie pije. Prostota? Czyżby od
chamów po doktorowemu mnie wyzywał? Przyjrzałem mu się uważnie, bo już mi ręka
zaswędziała, ale nie wyglądało, żeby ze mnie jajcował, poważny siedzi, na mnie
nie zwraca uwagi, coś tam pisze, jak to doktór. To się wstrzymałem. Zawsze w
końcu w razie czego dogodny czas się znajdzie, zwłaszcza że posterunek policji
blisko, a poczekalnia pełna ludzi, a takie rzeczy ciężko po cichu załatwić,
zawsze trochę krzyku jest.
Popisał, popisał i mnie jakiś karteluszek wręcza. Musi nie miałem zbyt mądrej
miny, bo tylko westchnął ciężko i zaczął rzecz tołkować:
- Pójdzie pan z tą kartką do rabolatorium, tylko musi pan nasikać do sterylnego
pojemnika, mocz ma być ze środkowego strumienia, na pojemniku ma być kartka,
imię i nazwisko, urodzony, adres... No idź pan już, idź – prawie mnie wypchnął z
gabinetu, ale i prawda, że na zmęczonego wyglądał, nie przymierzając, jak ja po
trzydniowym piciu.
No i usiadłem w chacie, w głowę się drapię, bo niewiele mnie te wyjaśnienia
dały, co słowo, to zagadka. Sterylne naczynie, jakie może być u mnie sterylne
naczynie? No chyba że butelka po wódce. Ale jaka wielkość? „Szczeniaczek”,
„małpeczka”, półlitrówka, czy „macorka”?
Po namyśle wziąłem „maciorkę” jak będzie za dużo, to najwyżej sobie odleją, a
jak za mało zaniosę, to dwa razy będę musiał latać, nie ma głupich.
„ ze środkowego strumienia”, a co on myśli, że ja rozpylacza mam? Może doktory
sikają kilkoma strumieniami, stać ich, ja zawsze całe życie szczałem jednym
strumieniem. Nie będę mu kombinował i swoich sików dzielił, a zresztą ciekawe
jak oni tam poznają z jakiego to strumienia.
Dobra, naszczałem do tej butelki, trzy dni mi to zajęło, b jak już powiedziałem,
ciężko mi to szło, a butelka spora. Nawet myślałem, czy by jej mojej kobyle nie
podstawić, bo ta jak szczy, to tylko dudni, raz dwa by mi nalała, ale się
rozmyśliłem, w końcu to mnie się zaperło, nie jej.
Butla pełna, czas pomyśleć co na tej kartce napisać. Imię i nazwisko. Imię i
nazwisko... A czort znajet! Jakieś tam było, ale od niepamiętnych czasów wołali
na mnie „Markobrodaczo” to i zapomniałem. Hm, co by tu wymyślić... Napiszę:
Marko Brodaczo, będzie imię, będzie i nazwisko.
Jedna sprawa załatwiona. Co on tam dalej mówił? „...urodzony” No pewnie, że
urodzony, przecież mnie bocian nie przyniósł. O co mu mogło chodzić? Urodzony,
urodzony... Dawno urodzony. Przed wojną. Tak i napisałem. „Urodzony dawno,
jeszcze przed drugą wojną światową”
Jeszcze mi adres został. Niby prosta rzecz, ale tak jak pomyśleć to niecałkiem.
Bo po co komu mój adres? A może ktoś zechce tu przyjść, a ja niekoniecznie
tęsknię za odwiedzinami, zwłaszcza że w chałupie nie posprzątane, butelki się
walają a i wszystkie szyby powybijane. Jeszcze jaką komisję mi tu naślą, albo
przylezie jaka baba z brodą. Z kobietami to zawsze kłopot jest, bo to nie
wiadomo jak z tym stworzeniem postępować; powiesz tak - beczy, powiesz inaczej -
śmieje się i bądź tu, człowieku, mądry. A z babą z brodą to już całkiem bieda,
bo to po ciemku można się pomylić, a jak baba niedomyta i zęby ma zepsute to i
węch tu nic nie pomoże. Ciach! Zębami po instrumencie i potem już nie czas się
tłumaczyć, że to pomyłka, a jak zęby zepsute to i zakażenie gotowe i w ogóle z
życiem można się pożegnać. A instrumentu też szkoda. Może on i nie taki sprawny
jak kiedyś, ale jeszcze parę melodyjek by się zagrało. Nie, stanowczo nie należy
zadawać się z brodatą babą. A zresztą i tak w domu rzadko bywam, to co komu z
mojego adresu.
Dobra, napisałem „Miejsce pobytu – szukać u Syperka” mąki z wodą rozrobiłem, na
butelkę kartkę przyklajstrowałem i gotowe.
Zaniosłem ja tą butelkę do rabolatorium, a tu baba na mnie oczy wytrzeszczyła i
jakoś nie kwapi się, żeby ją wziąć . Może jej się moja fizjonomia nie spodobała?
Zrobiłem więc minę z gatunku tych „a powiedz tylko słowo, to tak ci piznę, że do
ściany się przykleisz” i poskutkowało. Wzięła i na tacy postawiła. I wtedy
zrozumiałem, czemu ona tak mi się przyglądała. Bo stały już na tej tacy takie
małe pizdryki z tymi różnymi szczynami, a ta moja butla to tak wyglądała jakby
ktoś między te nasze fillipowskie chatynki ten najwyższy wieżowiec na świecie
postawił. Ten z Kłalalumpur, czy jakoś tam podobnie. Nie powiem, nawet pięknie
wyglądała, mieniła się w słońcu bursztynową barwą, wielka, potężna i pękata, jak
jaka matrona z gromadką dzieci. Ale długo jej nie podziwiałem, bo zaraz baby z
całego rabolatorium się zleciały, zaczęły czytać tą moją kartkę i chichać się
Bóg wie z czego, to sobie poszedłem. Ot, kupa durnia i nic więcej.
A po te wyniki też nie poszedłem. Jakoś nie po drodze mi było. Napiłem się
czystego spirytusu, przegoniło, wysterylizowało i samo przeszło. Nie ma to jak
domowe sprawdzone sposoby.
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, maj 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
24 maja 2007
1679.Jak każdy wie - dupa, to bardzo ważna
część naszego ciała.
Poniżej mini rozważania nt. tej części ciała. Może ktoś z Was dorzuci jakieś
inne cenne spostrzeżenia i własne uwagi?
>> Dupę wynalazł uczony radziecki Wołow. Dlatego mówimy: "dupa Wołowa". Inni
twierdzą, że dupę wynalazła Marynia. Ci z kolei rozmawiają o dupie Maryni. Dupa
pełni ważną rolę w ruchu obrotowym. Wszystko kręci się wokół dupy. Dupa służy
również do przekazywania zdecydowanych sygnałów niewerbalnych. Dobrze
wymierzony, solidny kopniak w dupę jest wyrażeniem uczuć negatywnych wobec
adresata takiego gestu. Dupie można również przekazać emocje pozytywne, np.
całując kogoś w dupę. Dupa może spełniać też rolę lizaka. Szczęśliwie nie
wszyscy są dupolizami. Uniwersalność dupy nie kończy się na tym, jest ona bowiem
zadziwiająco skutecznym pojemnikiem: w dupie można mieć całe osoby, a nawet
społeczności. Dupa służy nieraz jako etalon: wiele rzeczy jest do dupy, tym
samym dupa spełnia rolę uniwersalnego wzorca porównawczego. W dupę (lub po
dupie) można również dostać. Czynność ta umacnia więzi emocjonalne między
rodzicami i dziećmi. Prócz tego, dupa spełnia rolę siedziska, powiadamy bowiem:
"siadaj na dupie", często z dodatkiem poleceń uzupełniających, jak np. "[...] i
siedź cicho". Określenie "dawać (dać) dupy" funkcjonuje w dwóch znaczeniach:
erotycznym i wartościującym, jednak "ściągnąć kogoś z dupy" tylko w tym
pierwszym. Można również chronić swoją (lub czyjąś) dupę, co kolejny raz
potwierdza ważność dupy w otaczającym nas świecie. "Zabrać się do czegoś od dupy
strony" oznacza podejście niewłaściwe, od końca; dupa funkcjonuje tu jako
synonim odwrotności. Dupa pełni również rolę uchwytu, można bowiem trzymać się
czyjejś dupy. Określenie to nie oznacza braku równowagi, ale samodzielności.
giorgia
27 maja 2007
1793.Miłość jest ślepa i bezinteresowna, więc
pytanie za co kochamy Filipów jest bez sensu. Filipów kocha się mimo wszystko, a
nie za coś. Oj, zdaje się, że komuś tu się mocno inteligencja obniżyła i to do
granicy jednego filipowa...
Temperatura wody w jeziorze Kamiennym, hmmm, wziąwszy pod uwagę, że Filipów nie
ma kanalizacji, a Filipówka płynie wprost do jeziora to odpowiedź jest prosta.
Jest ona najwyższa rano, kiedy wszyscy gospodarze wstają na poranne szczanie. Po
uwzględnieniu czynników zewnętrznych wynosi ona ok 30 stopni. Polecam mocznikowe
inhalacje na przepięknym pomoście nad jeziorem Kamiennym. Bardzo pomaga w walce
z głupią i bezinteresowną miłością do Filipowa! Zalecane są seanse nie dłuższe
niż pół godziny, bo miłość może przerodzić się w nienawiść. Tygodniowe inhalacje
rano po pół godziny dają pozytywny skutek w postaci stosunku chłodno-olewającego
co objawia się szczaniem prosto do jeziora.
Wielce uczony
28 czerwca 2007
1795.OSWIADCZENIE
Z najwyższym oburzeniem przyjąłem insynuację niejakiego „teletubisia” (co za
durny nick – chyba jeszcze głupszy niż „romek”), jakobym to ja był autorem wielu
poprzednich wpisów. Przecież to gołym okiem widać, że to jakieś niedouki,
tumany, osoby ciężko poszkodowane na umyśle musiały się tu wkraść, bo takich
głupot to ja nawet po pijaku bym nie wymyślił.
Prawdą jest natomiast, że znowu dokonano zamachu na moją skromna osobę.
Próbowano mnie otruć!!!
Gdy odzyskałem przytomność nad ranem, udało mi się lekko podnieść jedną powiekę
ujrzałem straszliwy nieład dookoła, w gardle czułem żar Sachary, potworny ból
rozsadzał mi czaszkę, a drugie oko nijak nie chciało się otworzyć, zresztą
światło poranka raziło mnie dostatecznie już i przez te jedno półprzymknięte
oko. Ściany próbowały wskoczyć jedna na drugą, nie mogłem złapać równowagi,
każdy ruch sprawiał mi olbrzymią trudność, miałem też pewne kłopoty z percepcją,
mianowicie wystraszyłem się potwornie pięcionogiego obrzydliwego owłosionego
olbrzymiego pająka, który łaził po mnie drapiąc mnie swoimi odnóżami. Pająk
okazał się być moją prawą ręką, która zresztą wcale nie chciała mnie słuchać,
kiedy próbowałem ją namówić, żeby podniosła do ust szklankę z wodą. Z lewą to
nawet nie próbowałem gadać, bo ja antykomunista jestem i lewej ręki używam tylko
do... no, mniejsza z tym, nieważne. Musiałem chłeptać wodę niczym jaki pies z
podłogi, kiedy po wielu wysiłkach udało mi się strącić głową wazon z kwiatami.
Po wielu zabiegach reanimacyjnych (zimny prysznic, kwas z kiszonej kapusty,
jajecznica z 10 jajek, znowu prysznic, apap, goździkowa, pół kilograma
korniszonów, prysznic, litr kwaśnego mleka itp., itd.) jako tako doszedłem do
siebie i rozejrzawszy się dookoła stwierdziłem że próbowano mnie otruć za pomocą
jakiegoś wodnego 40% roztworu związku chemicznego o nazwie C2H5OH. Cud, że
przeżyłem, bo wlano we mnie całe dwie półlitrowe butelki tego paskudztwa.
Musiałem się zażarcie bronić, bo potworny nieład panował w całym pomieszczeniu,
potłuczone szklanki, poprzewracane krzesła, ślady butów na suficie(?) dobitnie o
tym świadczyły. A na biurku mrygał na mnie ekran włączonego komputera. Kiedy
usunąłem z ekranu ślady po papierosowych petach ze zgrozą stwierdziłem, że
nieznani sprawcy weszli podstępnie na filipowską Księgę Gości i strasznych
głupot tam powypisywali. Niestety prawie wszystkie ostatnie wpisy pochodzą z
mojego komputera. Nawet nie będę pisał które, bo poziom intelektualny
napastników okazał się być wprost proporcjonalny do ich okrucieństwa.
No, mam nadzieję, że jasno wytłumaczyłem, że ja to nie ja. Prędzej Lepper
zostanie wicepremierem Rządu Polskiego, niż ja zacznę takie głupoty pisać. Amen.
P.S. nr.1.
Eksadmina, admina, czy jak by go tam zwać kocham i szanuję, a na pewno bym go
nie zaczepiał w dobrze pojętym swoim interesie. Sam widziałem czym to grozi gdy
wyłaził ze swojej nory z samego rana gdzieś około dwunastej, a drogę przebiegł
mu kot. I nie był to żaden czarny kot, ot zwyczajny bury dachowiec, którego
jedyną winą było to, że nie był dość szybki. Jak dostał kopa to przeraźliwie
miaucząc przeleciał lotem koszącym nad filipowskim parkiem ścianając czubki
drzew, a miał takie przyspieszenie, że jeżeli nie spadł, to jeszcze pewnie leci.
Huk i łoskot zrobił się straszny i stąd powstała plotka, że to Busch przyleciał
na samolocie F-16 z wizytą do tajnego więzienia ulokowanego w Mieruniszkach w
popeegerowskich blokach gdzie torturują jakowychś więźniów.
Jak mi nie wierzycie to przyjdźcie zobaczyć ten park. Wygląda tak, jakby
tunguski meteor tamtędy przeleciał. I pomyśleć, że to był zwykły kot. Ja tam
latać nie lubię, mam lęk wysokości, więc admina nie zaczepiam, zwłaszcza z rana,
kiedy ma jeszcze płyny w organizmie nie uzupełnione.
P.S.nr 2.
W każdej plotce jest ziarno prawdy. W tych popegeerowskich blokach to muszą
siedzieć jacyś więźniowie, bo normalny człowiek tam by dnia nie wytrzymał. I być
może, że ich torturują, bo okresowo słychać tam jakieś ryki, wycie, przeciągłe
zawodzenia. Odgłosy te nasilają się wtedy, gdy jest rozdzielana pomoc przez
stowarzyszenie. Jaki to ma związek tego nie wiem, ale sprawdzę.
P.S. nr. 3.
Koty służą do głaskania, a nie kopania.
Markobrodaczo
28 czerwca 2007
1826.1.07.2007 roku w Polskiej Telewizji
wyemitowano reportaż Marii Wiernikowskiej z cyklu „Telewizja Objazdowa”. Jakby
kto nie wiedział Maria Wiernikowska to jest ta baba, która lubi podwyższony
poziom adrenaliny we krwi, była m.in. korespondentką wojenną podczas wojen w
Czeczenii, Afganistanie, Jugosławii. No i tym razem cholera ją zaniosła do ...
Filipowa. Była na tyle bezczelna, że przyjechała z całą ekipą i nie żeby jakaś
tam ukryta kamera, tylko normalnie dwie kamery, mikrofon na drągu no i ruszyła
na Filipów. Nie pomogły ostrzeżenia starszego mieszkańca ulicy Bema, który
opowiadał jej, jak go rozebrali i chcieli zamordować za niecałe dziesięć złotych
i to dobrzy znajomi byli. Poszła sobie do centrum Filipowa i zaczęła ludzi
wypytowywać o różnie takie nieprzyjemne sprawy, a czemu tu mariawitów już nie
ma, dlaczego ich kaplicę podpalono, jak tu się żyje... Wyobrażacie sobie? I
normalnie z kamerami, z mikrofonem. To już nie odwaga, nie brawura, to już
skrajna bezmyślność i głupota. Na efekty nie trzeba było długo czekać.
Zaatakował ich rozjuszony autochton i to, że mieli dwie kamery, to akurat ich
uratowało. Bo nie wiedział którego bić. Jak się rzucił na jednego, to drugi go
kamerował, więc zaczynał gonić tego drugiego, wtedy ten pierwszy go zaczynał
nagrywać, więc on z powrotem i tak w kółko. Ale żeż głupia ta baba, słuchajcie
próbowała bronić tych kamerzystów mówiąc: „ Dlaczego pan ich bije, przecież oni
są tacy chuderlawi”. Wszystko można o Filipowiakach powiedzieć, ale przecież to
nie są idioci. No pewnie, że na Gołotę by się nie rzucił. Co innego staruszka
obrobić, kota w dupę kopnąć, albo chuderlaka poturbować.
I tak miała szczęście, że to wczesny poranek był, dopiero koło Syperka zaczynali
pojawiać się pojedyńczy rezydenci. Aż strach pomyśleć, co to by było, gdyby
przyjechała tak na przykład w sobotę wieczorem... Policja na posterunku za
kratami siedzi, o poranek się modli, wszyscy pozamykani w chałupach, a tu wojna
Filipów – Suwałki, albo Filipów - Przerośl, w zależności od okoliczności. Wtedy
i ja się nie wynurzam. Raz musiałem wyjść, więc się za staruszkę przebrałem,
myślałem, że może mnie oszczędzą, ale i tak mnie zgwałcili, dobrze że życie
darowali...
Markobrodaczo
1 lipca 2007
1943.Teatrzyk Księgi Gości ma zaszczyt
przedstawić mrożącą krew w żyłach sztukę szpiegowsko-pornograficzną w jednym
akcie pod tytułem:
MARKOBRODACZO I TURYSTKA CZYLI PRZESŁUCHANIE AMERYKAŃSKIEGO SZPIEGA
(Uwaga!: Sztuka jest wyłącznie dla widzów dorosłych![momenty były? No, maaasz..])
Miejsce akcji: dokładnie nie wiadomo, w każdym bądź razie odludne.
Występują:
MARKOBRODACZO
TURYSTKA
Akt I
Markobrodaczo: Rozbieraj się, ty amerykański szpiegu!
Turystka: Sam się rozbierz, ty ciulu!
Markobrodaczo(wykonuje polecenie turystki):Skoro sama nie chcesz jestem zmuszony
Cię rozebrać.
Turystka: Zabierz łapy, hamie!
Markobrodaczo (rozbiera turystkę natrafiając na opór, dość nikły zresztą):
Proszę nie utrudniać urzędowych czynności! Oooo, a gdzie Twoje majtki?
Turystka: [****] cię to obchodzi.
Markobrodaczo (przystępuje do dogłębnej rewizji osobistej wszelakich otworów
znajdujących się w ciele turystki): Ooooooo!
Turystka: Aaaaaaaa!
Markobrodaczo: Ooooooooch!
Turystka (niewyraźnie, bo akurat w trakcie badania jej otworu gębowego): Błe,
błe, błe!
Markobrodaczo (przechodzi do badania następnego otworu): Oooooo!
Turystka(wije się): Tylko nie tu, proszę, tylko nie tu! Ooooooch, tylko
powoli....
Markobrodaczo(przechodzi piętro niżej): Ooooooch!
Turystka: Tak mi dobże, tak mi rub...Ruhaj mnie, ruhaj!
Markobrodaczo i turystka(razem): Ooooch, Jejejej! Aaaaaaaaa!
Uuuuuuuuu!Ajajajajaj! O nie! O tak! Ooooooooooo! Uffff!
Po jakimś czasie.
Markobrodaczo (pisze protokół z rewizji osobistej): „Po dokładnym i wnikliwym
badaniu...”
Turystka: Badaniu? Zgwałciłeś mnie ty [****]ie!
Markobrodaczo: Nie przerywaj. „...przy podejrzanej niczego podejrzanego nie
znaleziono. Znaleziono...” Jaki tam gwałt, wcale Ci się podobało, wilgotna i
śliska byłaś, aż miło... A kto krzyczał: „ruchaj mnie, ruchaj”?
Turystka: Pewnie, przeciesz nie jestem z drewna, jak mnie rozbebrałeś to co
miałam powiedzieć? Ale na początku nie było zgody a jak się kogoś ruha bez jego
zgody to jest gwałt, a ty wyruhałeś mnie bez mojej zgody, świnio i zboczeńcu
jeden!
Markobrodaczo: Nie przeszkadzaj. „ znaleziono tylko sprę...” Jak się pisze
sprężynkę?
Turystka: Przez „ż”.
Markobrodaczo: Dobra, dobra, już ja Cię znam. „...Znaleziono tylko spręrzynkę,
która okazała się być zwykłą spiralką domaciczną.” A w ogóle, jak Ty się
wyrażasz! Taka młoda, taka ładna, a jak usteczka nadobne otworzy to przesłuchać
nie można. Mówi się „kochać się”, a nie „ruchać się”. I nie wyrażaj się, bo mnie
Kemor, tfu!, bo mnie Romek znowu wykasuje.
Turystka:No i [****]! W dópie mam twojego Romka! Spiralkę mi wyciągnąłeś i teraz
nie będę mogła się ruhać!
Markobrodaczo: Nie przeszkadzaj. „... W związku z powyższym nie stwierdza się
oznak szpiegostwa i należy podejrzaną tymczasowo wypuścić.” A dawno Ci tą
spiralkę założyli?
Turystka: Tszy lata temu.
Markobrodaczo: To i dobrze, że wyciągnąłem, bo już czas wymienić.
Turystka: Widzisz ty go będzie mi tu dobre rady dawał. Gwałciciel! I zboczeniec!
Markobrodaczo: No już dobrze, dobrze, nie bądź taka drobiazgowa, ja zgwałciłem
czy mnie zgwałcili, co za różnica. Majtki Ci kupię.
Turystka: Stryngi?
Markobrodaczo: Stringi.
Turystka(rzuca się Markobrodaczowi na szyję): Och, ty misiaczku mój kohany!
Kurtyna: W końcu opada cała czerwona ze wstydu, a najwyższy czas był po temu, bo
już znowu, cholery niewyżyte, zaczęli się całować.
Koniec
Copyright by Markobrodaczo. Filipów, sierpień 2007 . All rights reserwed.
Markobrodaczo
1 września 2007
1959.A niech to szlag trafi! Ta głupia krowa, to znaczy ta moja kobyła zeżerła podsłuch com jej założył w żłobie. I teraz mam na podsłuchu układ. Układ trawienny mojej kobyły.
Markobrodaczo
6 września 2007
1970.Nie rozumiem dlaczego tu tak się zachwycają moją kobyłą. Toż to wredne bydlę jest i parszywe. Trzy dni łaziłem za nią i pilnowałem, kiedy się zesra, bo moją pluskwę chciałem odzyskać co ją pożarła i jej układ trawienny miałem na podsłuchu, nawet ją trochę bardziej dokarmiałem, ale człowiek kiedyś spać musi no i budzę się a tu w aparaturze podsłuchowej cisza! I musi mieć kurtwisko coś na sumieniu, bo tak to normalnie sra mi pod progiem w cichej nadziei, że jak z rana wyjdę szczać na kamień, jeszcze nie w pełni rozbudzony, z oczami zapluszczonymi to w jej [****] wdepnę, bo ona strasznie złośliwa jest (jaki pan, taki kram), a tym razem zesrała się huk wie gdzie! Już wszystkie okoliczne kupy gówna przetrząsnąłem, już sąsiedzi mówią, że znowu mi się pogorszyło, a pluskwy jak nie ma, tak nie ma. I nawet wpieprzyć jej nie mogę, bo niby za co, jak żre to i sra, normalna fizjologia. Ąle ja nie popuszczę, w końcu to kosztuje, dalej będę grzebał się w gównie dla dobra Ojczyzny, Narodu, Społeczeństwa, dla dobra naszego ukochanego Filipowa!
Markobrodaczo
9 września 2007
1973.„ĆWIERKAJĄ WRÓBELKI OD SAMEGO RANA,
ĆWIERKAJĄ WRÓBELKI OD SAMEGO RANA,ĆWIR, ŚWIR, DOKĄD IDZIESZ, MARYSIU KOCHANA,” –
a niech to szlag trafi, niech chwój strzeli, od samego rana na swoim podsłuchu
słyszę jakieś ćwierkanie! Jakiś wróbel wydziubał z końskiego grówna mój
podsłuch! A niech go chwój spali, niech do końca dni swoich żadnego ziarna nie
znajdzie, uch, czemu ja przez całe życie mam tak przechlapane! Ale nie
popuszczę, wytłukę wszystkie wróble w Filipowie, a swoją pluskwę znajdę!
I jeszcze ten Romeo napuścił na mnie jakiś durny antywulgaryzmowy programik
komputerowy i będzie mnie tu gwiazdkował. I myśli że mnie załatwił. A ja nie po
to, kutrwa, walczyłem o wolność wyznania i przeklinania, żeby mnie tu mordę
zatykać jakimś durackim programikiem. A świńskie ucho! Ręczne masz się mordować
jeśli już ty Wielki Masturbatorze Generalny, gnido zawszawiona, podlizuchu, ty
chwuju na kaczych łapach!
Uffff, trochę mi ulżyło...
Markobrodaczo
12 września 2007
2028.KOBIECA LOGIKA CZYLI OPOWIEŚĆ NIEZNAJOMEGO
Wyszedłem na spacer. Jak co dzień robiłem poranny obchód Filipowa. Och, ileż ja
się w życiu nie nakombinowałem z tym spacerem! Szedłem na prawo, szedłem na
lewo, szedłem wprost i szedłem wspak i szedłem szlakiem bunkrów powojennych i
szlakiem bitew przegranych i szedłem szlakiem jezior i szlakiem spływów
kajakowych! I na cmentarze, chociaż mi tam wcale niespieszno. Ale w jakimkolwiek
kierunku bym nie szedł, jakakolwiek idea by mi nie przyświecała, jaki cel
chwalebny i tak zawsze w końcu lądowałem u „Magdalenki”, przy stoliczku na
świeżym powietrzu za wysokim płotem.
Ale dzisiaj zaparłem się, powiedziałem sobie: „Nie, dzisiaj do „Magdalenki” nie
pójdziesz! Dzisiaj jest niedziela, dzisiaj pójdziesz do kościoła!” I nawet
specjalnie oczy zamknąłem przechodząc przez park, bo przecież znam te
filipowskie drogi na pamięć i kiedy mi z rachunku wyszło, że powinienem stać już
przed kościołem otworzyłem oczy i co? Okazało się, że stoję przed „Magdalenką”,
a Pani Właścicielka o Płomiennych Włosach zaprasza serdecznie lekko schrypniętym
głosem: „No właź, mordo zapijaczona, dzisiaj wyjątkowo przy niedzieli na zeszyt
wpiszę”.
I co ja mogłem zrobić? Co począć? Powiedzieć że idę do kościoła? Sprzeciwić się?
Ooo, widziałem już takich, którzy próbowali dyskutować z Panią o Płomiennych
Włosach, a potem orali mordą po asfalcie i uciekali jak niepyszni, szczęśliwi,
że chociaż na urodzie stracili, to życie zachowali. Bo ta pani ma wielkie,
gorące i dobre serce, płomienne włosy i takiż temperament. Ja głupi nie jestem.
Westchnąłem tylko nad swoim przeznaczeniem, pokornie przyjąłem wielki dar ducha,
piwko (zimne! Prosto z lodówki!)i usiadłem w altance. Sączyłem je powoli, żeby
na dłużej starczyło, bo akurat chwilowo cierpiałem na brak gotówki. Ta chwila
trwa już chyba z pięćdziesiąt lat, no ale cóż to znaczy wobec wieczności i
nieskończoności.
Po jakimś czasie usiadł obok mnie jakiś facet, ot taki jak wielu, nic
nadzwyczajnego, z gęby całkiem do nikogo niepodobny, tyle, że strasznie jakiś
taki zamyślony był. Nawet nie zapytał mnie normalnie, kulturalnie i retorycznie,
czy może przy mnie usiąść, tylko od razu dorwał się do tego swojego piwa, a
wzrok mu błądził gdzieś daleko w nieprzebytych przestworzach. Coś tam mocno w
tej głowie kombinował, aż mu kopułka się podnosiła i czacha dymiła, ale wypił
jedno piwo, potem drugie i przy trzecim spostrzegł, że nie sam siedzi. A piwo to
jest cudowny napój, który łagodzi ból istnienia, zbliża ludzi i rozwiązuje
języki więc i on do mnie odezwał się tymi słowy:
- Panie, nigdy nie zrozumiem kobiet. Na ten przykład moja żona. Bo widzisz pan,
ja mam żonę...
- Są gorsze nieszczęścia na tym świecie – rzekłem by go pocieszyć, ale on
widocznie nie pociechy chciał, tylko chciał się po prostu wygadać, bo tylko
machnął niecierpliwie na mnie ręką, więc już mu nie przerywałem.
- ...mam żonę i żyjemy ze sobą normalnie, jak wszyscy już chyba ze dwadzieścia
lat, czasami się kłócimy, czasami lubimy, ale żeby tak ją zrozumieć, to nie, nie
da rady. Podam panu przykład. Ja, na ten przykład, nie za bardzo porządny
jestem, ot, jak gdzieś coś rzucę, to leży i mnie nie przeszkadza, na głowie nie
leży, a moja żona to straszna pedantka jest, wszystko ma być na swoim miejscu,
nic nie może się zmarnować, panie, ona nawet taką wyciskarkę do pasty do zębów
kupiła, żeby się nic nie zmarnowało i mnie do mycia zębów zmusza, nie, ja brudas
nie jestem, kulturalny ze mnie człowiek, zęby myję, ale to normalnie, jak gdzieś
wychodzę, ale ona mnie każe myć zęby po każdym jedzeniu i jeszcze sprawdza czy
szczoteczka jest mokra, czy naprawdę umyłem te zęby, widzisz pan, niby taka
oszczędna, wyciska tubkę do imentu, a tu taka niegospodarność, no po co tak
często te zęby myć, toż to można szkliwo zedrzeć, a i pasta nietania, jakaś tam
blendamenda, o , bo, ona wielka pani jest, byle czego do gęby nie włoży, nie,
nie! No i widzisz pan, niby gospodarna, a taka rozrzutna, gdzie tu sens, gdzie
tu logika?
Tu pociągnął tęgi łyk piwa i dalej ciągnął swą opowieść:
- Albo więcej panu powiem, ona taka porządna jest, wszystko na swoim miejscu,
ale nigdy nie pamięta, gdzie swoją torebkę zostawiła. Co ona ma w tej torebce,
to sam pan wiesz, jak to u baby, ja tam nie zaglądam, ale ona nieraz przy mnie
tam grzebie, to aż dziw bierze, jak się to tam mieści, jakieś pudełka,
pudełeczka, notesiki, guziki, smarowidła, portfeliki, chusteczki, diabli wiedzą
co jeszcze, ale ja nie o tym, to każda tak ma, ale ona wiecznie gdzieś tą
torebkę zostawia. No i raz mówi do mnie:
- Idź, przynieś moją torebkę z pokoju, leży na stole.
Szukam.
Nie ma.
- No to zobacz pod stołem.
Nie ma.
- Och Boże, co za ciamajda, czy ty choć raz w życiu coś znalazłeś?.
- Ciebie znalazłem – próbowałem zażartować, chociaż już mnie nerw chwytał, a ona
mi na to:
- [****] prawda, żebym ciebie do łóżka nie zaciągnęła, to do dziś byś jak ten
dureń sam siedział.
No i tak od słowa do słowa, pyskówka już leci ostra, przetrząsam ten nieszczęsny
pokój w te i z powrotem, a ona w pewnym momencie mówi:
- Idź, Wojtek, przynieś torebkę z kuchni, stoi przy wersalce.
Bo my syna mamy, Wojtek mu na imię.
Zesłabiło mnie. Usiadłem. Policzyłem do dziesięciu, potem wspak a potem jeszcze
raz do dziesięciu, dychnąłem i mówię cicho:
- Kobieto, toż ja już godzinę ten pokój przewalam, już prawie deski zacząłem
odrywać, już termin rozwodu przez tą [****]ą torebkę prawie ustalony, a ty teraz
mówisz, że ona w kuchni?
A ona na to:
- A tam, ty i tak byś nie znalazł.
Bo kobieta zawsze, panie, musi mieć ostatnie zdanie, taka już jej natura.
Zadumaliśmy się nad zawiłościami natury kobiecej, pociągnęliśmy po łyczku, a on
opowiadał dalej:
- Wszystko u niej poukładane, obrusiki, talerzyki, zasłonki i pamięta, gdzie co
pięć lat temu położyła, ale na ten przykład jak przyjdzie z pracy, to w
pierwszym rzędzie zdejmuje zegarek. I kładzie go byle gdzie i nigdy nie pamięta,
gdzie położyła. No i raz z rana siedzi w przedpokoju, a że buty miała już
nałożone, więc zaczęła nas ganiać za tym jej zegarkiem. Latam ja, lata Wojtek i
Piotr biega, bo my jeszcze starszego syna mamy, Piotr mu na imię, a tego
cholernego zegarka nie ma. Ani przy zlewie w kuchni, bo tam najczęściej
zostawia, ani przy bidecie, ani na półce, atmosfera coraz bardziej nerwowa,
dzieci do szkoły, my do roboty, a ona wrzeszczy: „ Dawajcie ten zegarek! Już za
piętnaście ósma!” No to my zwiększamy obroty, pod tapczan zaglądam, bo może
spadł, a tu nagle słyszę, że ona się śmieje, żeby się śmiała, normalnie aż
zanosi się ze śmiechu.
„ No, nie” - myślę sobie – „tego jeszcze brakowało, musi co zwariowała”.
Pędzę bez tchu do przedpokoju, patrzę, a ona się tak się śmieje, że aż słowa
wykrztusić ze śmiechu nie może, łzy jej ciekną po policzkach i pokazuje mi na
zegarku, że już za piętnaście ósma, a zegarek u niej na ręku...
No i co pan powiesz?
- Hm, - podrapałem się po brodzie - co ja mogę powiedzieć, dzięki Bogu, ja
takich problemów nie mam, jak mnie się kobyła znarowi, to smagnę batem i spokój.
Wtedy on się, nie wiem czemu, strasznie zdenerwował i powiedział, że jego żona
to nie kobyła, że on ją bardzo kocha i sobie wyprasza.
- Pewnie, żona to żona, a kobyła to kobyła – usiłowałem wyjaśnić
nieporozumienie, ale on już mnie nie słuchał, tylko wstał i , jak by powiedzieli
nasi bracia Rosjanie, ”wniezapno udarił mienia w gaławu i uszoł w piezdu”, co w
tłumaczeniu na nasze znaczy tyle, że podbił mnie prawe oko i oddalił się w
nieznanym kierunku, ewentualnie odszedł w siną dal, to już jak kto woli. Zginął
w każdym bądź razie w pomroce dziejów, a mnie zostawił z obitą gębą. Dobrze
chociaż, że piwa nie dopił. Prawie całe pół butelki zostało.
No i powiedz, kochany ludu filipowski, za cóż ja znowu po mordzie oberwałem! Za
miłość? Za babę, której na oczy nie widziałem i obym nigdy w życiu nie oglądał?
A niech ją kaczki pobodą! A niech tam się, [****]y, kochają jak chcą, po co od
razu niewinnemu człowiekowi gębę obijać?
Tylko nic nikomu nie opowiadajcie, bo jak ten chłop się dowie, że się nieładnie
o jego kobiecie wyraziłem, to niechybnie wróci i całkiem mnie zatłucze.
KONIEC
Copyright by Markobrodaczo. Filipów, wrzesień 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
25 września 2007
2070.ROBO!!!! TY CIULU!!!!
Swego czasu obiecałeś, że postawisz mi piwo kiedy przyjedziesz do Filipowa, a
ja, jak dobry dureń, uwierzyłem Ci. Bardzo się cieszyłem na te piwo, bo
ostatnio, tzn. gdzieś od pięćdziesięciu lat cierpię na chroniczny brak
pieniędzy, Wcześniej też ich nie miałem, ale też nie cierpiałem, bo nie znałem
jeszcze smaku piwa. No i tak ożywiony nadzieją darmowego piwa krążyłem przez dwa
tygodnie między Syperkiem a „Magdalenką”, a że nie podałeś mi swojego rysopisu,
więc gdy wypatrzyłem jakąś nieznajomą gębę, to przysuwałem się do klienta,
mrugałem konspiracyjne prawym okiem i szeptałem: „Robo, robo, robo...” Efekt był
taki że faceci dopijali pospiesznie piwo i szybko się oddalali oglądając się z
trwogą, a niejeden to i za [****] się trzymał, czort wie dlaczego.
Kiedyś miałem błogi spokój, siedziałem sobie u Syperka albo przy stoliku w
”Magdalence” próbując ustrzelić kogoś na piwko, a jak mi się udało (ma się swoje
sposoby), to delektowałem się tym piwem choćby i pół dnia, bo przecież nic mnie
nie goniło, a przez Ciebie utraciłem swój spokój, bo kiedy byłem u Syperka
dręczyło mnie pytanie: „ A może ten Robo siedzi w „Magdalence”? Więc pędziłem do
„Magdalenki”, rozglądałem się za bezskutecznie za Tobą, a tu nic... Więc ja z
powrotem.
I tak krążyłem jak pies z wywieszonym jęzorem, aż w końcu wściekłość okrutna
mnie sparła, więc jak zobaczyłem jakąś nieznajomą mordę, to już nie szeptałem,
ale ryczałem wielkim głosem: „ROBO! ROBO! ROBO!” Faceci zwiewali, gdzie pieprz
rośnie, kobiety zresztą też, bo taka myśl mnie naszła, że przecież w kompie pci
nie widać, więc może jesteś kobietą, więc na wszelki wypadek zacząłem i kobiety
nagabywać.
Efekt tego wszystkiego był taki, że w końcu pognał mnie Syperek, pognała i Pani
o Płomiennych Włosach, bo twierdzili, że klientów im płoszę i teraz siedzę przed
swoją chatką, jęzor suchy jak podeszwa, a duszy nienawiść mi się do ludzi budzi.
I to wszystko przez Ciebie.
Czekaj Ty, niech ja tylko pomyślę, już ja na Ciebie jakiś paszkwil napiszę, aż
Cię normalnie od kompa odrzuci, żeb Ty po wodzie chodził i pić prosił, hadzie
Ty, co niewinnych
Zniesmaczony
12 października 2007
2071.O kutwa, tak mnie wkurzył ten robo, że mnie się nicki popieprzyły. Oczywiście to nie żaden Zniesmaczony (nie znam faceta), to ja, Markobrodaczo napisałem co poniżej, ale jaja, normalnie kiedyś swoim nazwiskiem się podpiszę i to już będzie koniec i nie będzie już nic...
Markobrodaczo
12 października 2007
2102.UWAGA MIESZKAŃCY FILIPOWA!!!!!
Udało mi się dotrzeć do supertajnych materiałów supertajnej unijnej organizacji
CIAMCiAiLAMCiA (pełnej nazwy niestety nie mogę zdradzić, bo natychmiast
zostałbym otruty, zastrzelony albo nawet zmuszony do zapisania się do PiS-u, bo
są to ludzie bezwzględni i nie cofną się przed niczym). Otóż z tych materiałów
wynika, że Filipów został wybrany jako miejsce lokalizacji supertajnych składów
zapasów unijnego spirytusu, który, jak powszechnie wiadomo, ma ogromne
strategiczne znaczenie, może służyć m.in. jako broń biologiczna (rozpijanie
wrogiego narodu), wzmacniacz morale swojej armii (setka spirytusu dla żołnierzy
tuż przed atakiem) czy alternatywne źródło paliwa, że tylko o tym wspomnę.
A dlaczego Filipów? Jak wiadomo tego typu magazyny lokalizowane są w miejscach
trudno dostępnych, a gdzież są najgorsze drogi jak nie w Polsce? A gdzie jest w
Polsce największe za[*gdzieś*], jak nie okolice Suwałk? A padło na Filipów, bo
nikt w sztabie tej organizacji nie potrafił wymówić tej nazwy. Nawet już
próbowali chórem, trzymając się za ręce i podskakując i nic. Nie poszło."F,f,f,f..."
i koniec. Tylko się zapluli. Więc jak wydać rozkaz ataku na miejscowość, której
nazwy nie da się wymówić?
Była jeszcze propozycji Estonii, ale po pierwsze, tam drogi są za dobre, a po
drugie za blisko ruskich, którzy też by pewnie chcieli przejąć te składy, no a
Polacy oddadzą ostatnią kroplę krwi w obronie spirytusu przed ruskimi, co do
tego to nie miał nikt wątpliwości.
No i teraz wszystko stało się jasne. Wiadomo, dlaczego wójtem został były (łech,
łech, łech, były!) funkcjonariusz UOP-u. Kanalizacja też nigdy w Filipowie nie
powstanie, ponieważ, jak wiadomo, spirytus ma tendencje do parowania i jego
zapach mógłby zdradzić miejsce lokalizacji a smród gowna, łajna i wszelakiego
rodzaju fekalii skutecznie tą woń przytłumi.
Sprawa jest mocno zaawansowana bo już od dłuższego czasu po Filipowie krąży
emisariusz tejże organizacji w wysokiej randze (Generał) którego fizjonomia
zdradza że jest on wysokiej klasy specjalistą od przemysłu spirytusowego.
Na szczęście są jeszcze prawdziwi patrioci! I my, członkowie PPPP (Prawdziwi
Patrioci Polscy Pijacy) nie pozwolimy, żeby jakaś tam Unia mieszała się w nasze
sprawy i podejmowała decyzje za naszymi plecami, zwłaszcza że Polak potrafi
zrobić rodzimy spirytus praktycznie ze wszystkiego (Rezerwiści specjaliści robią
bimber nawet z liści!).
Na specjalnym zebraniu naszej organizacji w tajnym miejscu (w krzakach nad
Rospudą w okolicy starego młyna – teraz już mogę to zdradzić, bo już po
zebraniu, zresztą zostały po tym zebraniu ślady, których nikt nie chciał
sprzątnąć. Prezesowi się cofło) postanowiliśmy powiadomić o tym opinię
publiczną. Robię to na wyraźne polecenie Prezesa, który powiedział, cytuję: „P-p-p-[****]
to, pe-pe-pe-pewnie że p-p-powiedzieć, lepiej ku-ku-kubek mi daj. O
ku-ku-ku-kutwa! Co to jest!!! Woda!!!!!”
No i wtedy Prezes się zrzygał, bo okazało się, że jego organizm wody nie
toleruje. Dzięki Bogu, że przeżył, no ale to też dzięki przytomności mojego
umysłu, bo natychmiast podałem mu odtrutkę w trzech szybkich dawkach po sto
gram.
Bracia i siostry! Nie dajmy się!
Sekretarz PPPP
Anastazy Moczymorda
18 października 2007
2103.A co tak pomilkli, a?
Cisza przedwyborcza, czy też szok wywołany rewelacjami pana Moczymordy?
Swoją drogą ciekawe rzeczy wypisuje ten pan. Wygląda na to, że to jakieś bzdury,
ale teraz takie czasy, że kto wie... Ja nawet chyba znam tego Generała, z
wyglądu to się wydaje, że to zwykły pijak, ale pozory nieraz mylą. A może facet
tak się kamufluje? A może to nie ten?
Tak a propos dyskusji czy mówić na ty czy na pan przypomniała mi się historyjka,
jak przyszedł do pracy facet z podbitym okiem, no i koledzy go pytają co się
stało:
- A, to żona mnie tak urządziła.
- O, to musiałeś nieźle nawywijać...
- E, nic takiego, tyle tylko że powiedziałem do niej przez "ty".
- Niemożliwe! Powiedz dokładnie jak to było.
- No siedzieliśmy sobie przy obiedzie i żona w pewnym momencie mówi: "Wiesz co,
stary, dawno żeśmy seksu nie uprawiali",a ja jej na to: "Chyba że ty..."
Morał z tej powiastki jest taki, że lepiej jest zwracać się per "pan, pani" np.
"Pani koleżanko, małżonko."
Dlatego też, panie Robo, bardzo przepraszam za przedwczesną napaść i cierpliwie
czekam na zaproszenie Waszmość pana.
Markobrodaczo
18 października 2007
2192.W dniu dzisiejszym tj.11listopada 2007 r.
pod pomnikiem w filipowskim parku odbyła się uroczystość składania wieńców z
okazji 89 rocznicy odzyskania niepodległości. Niestety na tą uroczystość
przyszło bardzo mało ludzi, odniosłem wrażenie, że oprócz uczestników tej
uroczystości z widzów to byłem tylko ja i jakiś pies przybłęda, który przybiegł
zapewne w nadziei, że dostanie coś do żarcia. Niestety strawa była tylko
duchowa, więc się nie pożywił. Z drugiej strony nikt mu nie zasadził kopa w
[****], więc można powiedzieć, że bilans wyszedł na zero. Szkoda, że było tak
mało ludzi, z drugiej strony ci, którzy przyszli, przyszli dobrowolnie, a o to w
końcu walczyliśmy i lepsze to niż tłumy spędzane na siłę w nieodległych czasach.
Zaraz, zaraz wszelkiego rodzaju wystąpienia organizuje się dla publiczności, a
że ta publiczność to byłem ja, wychodzi na to że zrobiono to dla mnie! No bo
chyba nie dla tego psa? Jej, dopiero teraz przyszło mi to do głowy, to ja
strasznie dziękuję, nie wiedziałem, że jestem tak poważany w Filipowie...
Najpierw strażacy wciągnęli flagę, przy dźwiękach hymnu odegranego przez - i tu
ciekawostka – wiejską kapelę. Ale wyszło wcale nieźle. Wzruszyłem się. Potem
wójt wygłosił przemówienie, nawet mi się podobało, zwłaszcza że było krótkie.
Trochę ironicznie zabrzmiały jego słowa o współpracy międzyludzkiej, dojrzałości
społecznej i samorządzie który ma swobodę w organizacji życia społecznego,
gospodarczego i kulturalnego. Wszak za miesiąc ma być referendum w sprawie
odwołania wójta. No ale Polacy to już taki naród – jak walczyć o niepodległość
to wszyscy, a potem nie wiedzą co z tą wolnością zrobić, zaraz się kłócą, jak
się zejdzie trzech Polaków, to zaraz cztery partie powstają. Cóż zrobić, tak to
już jest.
Potem była część artystyczna, Sylwia Rogowska odśpiewała pieśń „ My, pierwsza
brygada” a kilku młodych ludzi mową wiązaną dało krótką lekcję historii a potem
zaczęto składać wieńce przy wtórze werbla. Niewiele widziałem, bo strasznie się
wzruszyłem i ryczałem wniebogłosy, bo ja bardzo wrażliwy jestem i łatwo się
wzruszam, nawet jak oglądam „Dobranockę” to płaczę, a co dopiero na takiej
uroczystości.
Pierwszy wieniec był od Urzędu Gminy Filipów. Tyle zauważyłem, że wójt ma bardzo
ładny płaszcz, tyle że czapka nie bardzo do niego pasowała, lepszy byłby
kapelusz.
Drugi wieniec był od Rady Gminy Filipów, a trzeci od Stowarzyszenia na Rzecz
Rozwoju i Promocji Gminy Filipów. Nie wiem jak to jest, ale niektóre kobiety
wcale się nie starzeją, wręcz przeciwnie, z wiekiem przybywa im urody. Aniu, jak
ty tu robisz?
Czwarty wieniec składała delegacja Zespołu Szkół w Filipowie z dyrektorką na
czele. Oooo, bardzo ładna kobieta! Jeżeli jej kompetencje dorównują urodzie, to
w naszej filipowskiej Sorbonie poziom nauczania bardzo wzrośnie, ja wam to
mówię.
Piąty wieniec był od Spółdzielni Mleczarskiej „Rospuda” (też ładny płaszcz,
tylko dłuższy), a szósty i ostatni od Gminnego Ośrodka Kultury. Podobno jeszcze
miał być wieniec od policji, ale oni nie mają funduszu na ten cel, muszą się na
te wieńce składać z własnej kieszeni, więc się w końcu zbuntowali. Ja ich nawet
rozumiem, w końcu tak dużo nie zarabiają, a może to i lepiej, że ich nie było,
bo nieraz już wiałem przed nimi, że tylko kurz szedł, to może z przyzwyczajenia
znowu by za mną pogonili?
Jednak trochę mnie ta liczba sześć niepokoi, lepsza byłaby siódemka, chyba pójdę
na cmentarz i podpierniczę jakiś wieniec i dołożę do tych sześciu. Tylko szarfę
muszę zmienić. Tylko co tu napisać. Może „Obrońcom niepodległości –
Markobrodaczo i jego kobyła” Może być?
No i na tym się uroczystość zakończyła, nawet kwadransa to nie trwało. Troszkę
byłem zawiedziony, bo muszę się przyznać, że ryczałem wniebogłosy nie całkiem
bezinteresownie, miałem cichą nadzieję, że może ktoś widząc moje zaangażowanie
jakieś piwo postawi, ale nie ma lekko, nic z tego. Z drugiej strony mordy też
nikt mi nie obił, więc można powiedzieć, że u mnie też bilans wyszedł na zero.
Tyle refleksji z mojej strony. Mam nadzieję, że jakaś bardziej obiektywna
relacja ukaże się na tej stronie, bo coś tu ostatnio mocno nieruchawo. Co wejdę
na stronę to ciągle mi ten lipcowy piknik wyskakuje, a przecież już trochę czasu
upłynęło. No to teraz jest dobra okazja, żeby to trochę nadrobić. Może jakiś
fotoreportaż? To ja bym prosił o zdjęcie delegacji Zespołu Szkół w Filipowie ze
szczególnym uwzględnieniem Pani Dyrektor. Jest o co oko zaczepić... I jeszcze
bym prosił Pana Wójta żeby powiedział, gdzie kupił taki płaszcz i za ile.
I to by było na tyle. Lecę na cmentarz.
Markobrodaczo
11 listopada 2007
2204.Pragnę z przykrością powiadomić, że wieńca
od Markobrodaczo i jego kobyły nie będzie. Owszem udało mi się podiwanić piękny
wieniec, śtuczny, co by dłużej poleżał, ale problem powstał przy pisaniu szarfy.
Otóż ta moja durna kobyła, jak się dowiedziała, że ten wieniec ma być złożony
pod pomnikiem ku czci Piłsudzkiego to ubzdurała sobie, że jest wnuczką słynnej
kasztanki Piłsudzkiego i w związku z tym napis powinien brzmieć: „Obrońcom
niepodległości – Kobyła i jej markobrodaczo” Oczywiście nie mogłem się na to
zgodzić i tak od słowa do słowa, strasznie żeśmy się pokłócili i w końcu jak
wziąłem, jak wsadziłem jej ten wieniec na łeb, to aż na szyi się zatrzymał. Nie
powiem, nawet do twarzy, tfu! do pyska jest jej w tym wieńcu, no ale uległ już
bezpowrotnemu zniszczeniu, zwłaszcza że przez ten wieniec do żłobu nie może się
dostać i zaczęła z głodu podżerać liście z tego wieńca. Z głodu albo ze
złośliwości, bo jak próbuję podejść do niej z tyłu to kopie, a jak z przodu to
pluje jakąś obrzydliwą, zieloną, plastikową śliną. A niech trochę pogłoduje,
może w końcu zrozumie kto tu pan.
Coś mnie tu ostatnio zaczynają lekceważyć. Pan wójt nie raczył mi odpowiedzieć
gdzie kupił swój płaszcz i za ile, nie ma tego w żadnym biuletynie, a nie
powinien mnie lekceważyć, bo jak znam życie, to będę jedynym uczestnikiem tego
referendum, bo mnie licho wszędzie wniesie i od mojego głosu może zależeć jego
los. No może jeszcze jakiś pies z kulawą nogą się przybłąka, to będzie nas
dwóch.
Nie zostałem także imiennie zaproszony na otwarcie Klubu WNF, tak że nawet nie
wiem co ten skrót oznacza. Klub Wielkich Niewyżytych Fujar? Klub Wcale Nie
Fajny? A może Klub Wybitnych Nadzwyczaj Filipowiaków? Oooo, jeśli tak powinienem
być Wielkim Członkiem tego klubu! A tu nawet zaproszenia nie było. Oj,
niepięknie to jakoś wyszło, pani Barbaro, niepięknie!
Chociaż z drugiej strony może to i dobrze. Podobno był tam przedstawiciel
policji, a mnie jakoś tak razem nie po drodze. Nie, żebym coś miał na sumieniu,
ale tak na wszelki wypadek lepiej w oczy nie włazić. A Wielkim Członkiem to ja
jestem i bez żadnego klubu.
Markobrodaczo
15 listopada 2007
2231.W dniu dzisiejszym odbyły się wybory...”
Co za bełwan to pisał. Niechlujstwo, bradziarstwo i chińskie żarcie. Datę
poproszę! Tak to wychodzi, że codziennie te wybory są, a tego to nawet
najmocniejsza głowa nie zniesie, trzeba przynajmniej raz na miesiąc spojrzeć na
świat trzeźwiejszym okiem.
To mówicie że Grzesiu został prezesem? Ocho wysoko się u nas ludzie windują! A
ja pamiętam go jak zasmarkany ganiał po uliczkach Filipowa i przed każdym
kogutem salutował, bo myślał, że to żandarm. A teraz prezes. No ale głowę to on
ma senatorską, jakby chciał to i biskupem by mógł zostać, tylko strasznie za
dziewczynami się uganiał, pod spódnice im zaglądał to i karierę biskupa diabli
wzięli. Ale to może i dobrze, że tym prezesem został, bo chłopowi łatwiej,
czasami trzeba opić jakiś interes, a ta poprzedniczka, chudzinka to najwyżej pół
litra wypije i szlus, a Grzesio, ho! ho! nie zdążysz polewać, ciągnie jak smok.
Tylko nie lubi, zagryzać baraniną, żeby kto takiego błędu nie popełnił, bo się
jeszcze obrazi. Podobno jakiś przodek, dziadek czy pradziadek przytruł się jakąś
owcą i od tej pory poprzysięgli sobie, że nikt z ich rodu baraniny do ust nie
weźmie. No ale mała strata, teraz to i baraninę trudno dostać, jakoś z mody
wyszła.
Może i dobrze że ta poprzedniczka przestała być prezeską, bo podobno strasznie
na moje wpisy była uczulona, w nerwicę wpadła i włosy sobie z głowy rwała, no a
łysa kobieta, to nie bardzo. Podobno jest jedna łysa śpiewaczka, ale to w
Irlandii, a ta nasza to nawet nie wiem, czy umie śpiewać. Mam co prawda perukę,
ale mi też jest czasami potrzebna i na dodatek mocno zużyta już jest. A jak
Grzesiek sobie włosy wyrwie, to mała strata, łysy chłop to nie nowina.
Swoją drogą to długo ona tym prezesem nie pobyła, ale to może słuszna koncepcja,
jak się rozkręci ta karuzela stanowisk, to wkrótce każdy w stowarzyszeniu będzie
albo byłym albo przyszłym prezesem i nikt nikomu nie będzie zazdraszczał.
No ale my tu gadu gadu a tu chłop w sadzie śliwki rwie, jak to mówią, czyli czas
przejść do konkretów. To ja mam na początek kilka postulatów. Proponował bym
żeby Stowarzyszenie zajęło się budową toru wyścigowego dla Formuły 1, toru do
wyścigów konnych, skoczni narciarskiej, multikina, centrum
rozrywkowo-handlowego, lotniska a i dach na mojej chałupie zdałoby się
poreperować. Lotnisko musi być koniecznie, bo na pewno turysty wielkim tłumem do
nas się zwalą, no i w końcu może przyleci ten Filipowiak z Jamenstown, pogięta
jego blaszka, bo pewnie chłopina nie przylatuje, bo się boi, że w Warszawie
zabłądzi. A tak, to wysiądzie prosto w Filpowie, popatrzy, zobaczy te
rozpieprzone bunkry, te mordy zapijaczone i już będzie wiedział, że jest w domu.
No to jeszcze raz gratuluję wyboru, no a teraz do roboty. Myślę, że warto zacząć
od remontu mojej chałupy, bo to najtaniej i najszybciej.
Markobrodaczo
19 listopada 2007
2694.Umarł król. Niech żyje król!
To mówię ja – Wasz nowy wójt Markobrodaczo wybrany samodzielnie i samorządnie
przez siebie samego z poparciem chińskiej armii. Wyborów żadnych nie będzie, bo
okrutnie zła i deszczowa pogoda teraz, jeszcze który pójdzie weźmie się
przeziębi, potem zapalenie płuc, kachu, kachu i do piachu i będzie nas
Filipowiaków mniej. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu, więc żadnych wyborów nie
będzie. Tytuł wójta będzie dożywotni z powyższych względów, a poza tym to są
koszty i po co ludzi drażnić, skoro i tak lepszego wójta być nie może, bo ja
jestem najlepszy.
Zarządzam niniejszym, żeby żaden trzeźwy mnie w gminie się nie pokazywał.
Wiadomo, jak kto pijany to i lepszy humor ma i szczery jest bo co trzeźwy
pomyśli to pijany powie. A trzeźwy to tylko patrzy spode łba coś tam myśli, coś
kombinuje, jakieś pretensje zgłasza. Nie stanowczo nie, żadnych trzeźwych w
mojej gminie. Pijany jest szczery i można mieć do niego zaufanie, a szczerość i
zaufanie to podstawa działania. Tak że niech nikt trzeźwy nawet nie próbuje
wleźć, bo w drzwiach będzie stał strażnik z alkomatem i poniżej 0,5 promila nikt
nie wejdzie.
Ogłaszam również zakaz wstępu Murzynom. Nie żebym był jakiś rasista, to ze
względów czysto technicznych, bo i tak teraz ciemno i ponuro, a jak jeszcze
wlezie jakiś Murzyn, to pomyślę że to już noc i pójdę spać, a mnie podczas snu
katastrofalnie spada poziom alkoholu we krwi, tak że budzę się strasznie
wściekły, więc to dla waszego dobra ten zakaz, bo wtedy nie ręczę za siebie.
W ogóle zarządzam, żeby mnie tu nikt z jakimiś żalami się nie szwendał, bo ja
bardzo wrażliwy jestem na ludzką krzywdę i zaraz będę płakał, a na co mnie to.
Niniejszym ogłaszam casting czyli wybory sekretarki. Mają przychodzić tylko te
ładne i młode ze znajomością co najmniej sześciu języków, ze szczególnym
uwzględnieniem języka francuskiego. Tak, francuski obowiązkowy. Proszę zgłaszać
się gdzieś po 22.00,coby nam nikt nie przeszkadzał, to będę testował. Proszę
przychodzić pojedynczo, no najwyżej dwie, bo nie wydolę.
W ramach powrotu do tradycji ogłaszam przywrócenie prawa pierwszej nocy. Jak by
ktoś nie wiedział o co chodzi to niech poczyta dzieje średniowiecza. Albo niech
tu ktoś wytłumaczy, bo mnie się nie chce, bo mam ważniejsze sprawy na głowie.
To na razie na tyle idę świętować a i dla Was ogłaszam dzień wolny do pracy
zwłaszcza że i tak mało co tu który robi, to róbta co chceta.
Markobrodaczo
11 grudnia 2007
2712.Kochany nasz wójciuniu Markobrodaczuniu, oby gorzałka nie wysychała nigdy z twej dostojnej brody, a mgiełka rauszu nie znikała z kraśnych oczu! Ja Szeryf zgłaszam się na ciecia do urzędu gminy bo uważam że te trześwe urzędniki i inne ludzie tam tylko zamieszanie niepotrzebnie robią. Prowadź wodzu stanę za tobą murem i żadnej trześwej mendy do gminy nie wpuszczę, no chyba, że w reklamówce usłyszę brzęk przepustki. Ale mnie alkomat niepotrzebny bo swój swojego pozna zawsze po chwiejnym rozkroku i tej mgiełce w oku. Ale mam warunek bo ja jednego pana strasznie nielubię bo on mnie nie podoba się i nie wpuszczę tej mendy choćby lazł pijany do gminy na czworakach. No niby on taka bratnia dusza, też pijak ale Niekonieczny on i jak już wlezie to przez kolejne 16 lat go się nie pozbendziem. Ja pszepraszam wójciuniu nasz kochany, mordo ty nasza Makobrodaczu, że ja nie poszedłem na te referendum odwołać tego skandalicznego abstynenta, no pech, że mnie grosza trochę przybrakło i w niedziele jak jakaś świnia trzeźwy polazłem do urny. Ja tyle lat łażę z tych Motul na piechotę i tylko trąbią na mnie a tu no niespodzianka, samochód pełny ludziow zatrzymuje się i mnie wołają i pytają czy dowód mam ze sobą. To ja im że mam choć przecież nie mam, no to oni mnie pakują do środka i jazda! A może mnie się to wszystko uroiło bo wiadomo że jak kto trzeźwy to umysł zmącony i jak ja tam zajechałem i tym tsześwym okiem się wokół rozejrzałem to mnie na widok tych ludziow co przyjechali wyrzucać człowieka coś zemdliło i jak nie zacznę żygać! I byłbym obżygał tam wszystko ale całe szczęście stała tam jakaś skrzynka to żeby nie było skandalu to ja czym prędzej nażygałem do środka choć nie było to łatwe bo tam była tylko wąska dziura, ale jakoś się udało! Wtedy mnie nerwowa pani wygoniła z lokalu wszeszcząc że nigdy mnie na oczy nie widziała, nie zna mnie i bez dowodu moje żyganie nieważne. To ja nawet się ucieszyłem, że nie muszę po sobie sprzątać i czym prędzęj polazłem spowrotem bo te już odwieźć mnie nie chcieli gadając cościk o bilecie w jedną stronę. Po drodze zaszedłem do Syperka i dzięki sponsorom po dwóch perszyngach szybko odzyskałem przytomność umysłu i dalejże agitować za odwołaniem bestii, żebyś wójciuniu mógł zasiąść na jego miejscu. I udało się i chyba tylko dzięki ludziom o przytomnych umysłach - jak ja! Więc mnie też się należy jakiś kawałek tortu i łaskawie proszę o posadę ciecia! Twój wierny bodygard, cieć i wyborca!
Szeryf
11 grudnia 2007
2800.Teatrzyk Księgi Gości ma zaszczyt
przedstawić sztukę pod wielce wymownym tytułem:
„ HAJDA NA WYBORY!”
Występują: CHŁOP 1, CHŁOP 2, CHŁOP 3, CHÓR WUJÓW, AUTOR, KURTYNA.
Gościnnie udział wzięli: JULIA, ROMEK alias ROMEO, HAMLET, CHOCHOŁ.
Miejsce akcji: gminna miejscowość F. , czyli nigdzie.
Czas akcji: gdzieś na przełomie zimy i wiosny w każdym bądź razie w czasie pory
deszczowej.
AKT 1 i zarazem ostatni.
CHŁOP 1: A może by co zaorać?
CHŁOP 2: A może by co zasiać?
CHŁOP 3: Poszaleliśta? Toż to nam Unija dotacyje za ugorowanie zabierze!
CHŁOP 1: Faktycznie, ale nudno jakoś...
CHŁOP 2: A słyszeliśta co nasz wojt wymyślił? Będzie nam za junijne piniądze
kanalizacyje zakładał.
CHŁOP 1: A niby co to za cholera, ta kanalizacyja?
CHŁOP 3: A to, że jak ty do tej pory srał za darmo za stodołą, to teraz bedziesz
musiał srać do takiej porcelanowej miski, a Unija będzie te gowno rułami
zabierać, a ty będziesz jeszcze musiał za to płacić.
CHŁOP 1: A psiakrwie!!! Ja czuł że oni na darmo tech dotacyji nie dadzo, ale
całkiem niespodziewałsie, że od tej strony mnie zajdo! Patrzajta jakie hitre,
toć wiadomo że ni ma siły, jak człek zje to i srać musi!
CHÓR WUJÓW:
Tak, tak, [*kurka*] twoja mać!
Jak chcesz srać, no to płać!
HAMLET (wkracza uroczyście na scenę): Być albo nie być, oto jest pytanie...
CHŁOP 1: A [****] mnie stąd!!! My tu straszno biede mamy, a jon tu ze swoją
metafizyką włazi!
HAMLET(mocno obrażony): Coś podobnego! (wychodzi)
CHŁOP 2: To co nam robić?
CHŁOP 3: No jak to co! Trzeba pognać tego wojta!
CHŁOP 2: Ale jak?
CHŁOP 3: Ano zrobim referendum!
CHŁOP 1,2 i 3 (razem): No to robim!
CHÓR WUJÓW:
Ciemno wszędzie, straszno wszędzie
Co to będzie! Co to będzie!
Słowa świszczą jak kule dum dum!
Chłopy robią referendum!
Jakiś czas potem. W międzyczasie żeby się nie nudziło można puścić wiązankę
pieśni patriotycznych.
CHŁOP 1: Może by co pograbić?
CHŁOP 2: Może by krowy wydoić?
CHŁOP 3: Ty rozum postradał? Chcesz kwote mleczno przekroczyć?
JULIA (wchodzi na balkon): Ach Romeo! Gdzie jesteś mój Romeo!
ROMEK (wchodzi): Idę, idę...
JULIA: Co? Ty masz być mój Romeo? Morda pobrużdżona, siwe włosy na skroniach...
Facet, toż ty masz pewnie z 50 lat!!! Nie mówiąc już o tym, że z profilu jesteś
podobny do kozy. (złazi z balkonu).
ROMEK (również wychodzi mrucząc pod nosem): Po pierwsze niecałe pięćdziesiąt, a
po drugie to masz szczęście, że jesteś postacią sceniczną. Żebyś ty wiedziała
ile teraz masz lat, to byś się dopiero zdziwiła.
CHŁOP 2 (zdumiony): Co to było?
CHŁOP 3: A nic. Romek jak zwykle napiułsie i z babami breweryje wyprawia.
CHŁOP 2 (uspokojony): Acha.
CHŁOP 1: [****] tam z Romkiem, wojta my odwołali i co nam tera robić?
CHŁOP 3: No jak trza nowego wojta.
CHŁOP 1: Tyle to i ja wiem, ale kogo?
CHŁOP 2: Chętnych jak psów. Podobno jeden to je taki co umie wode w benzyne
zamienić.
CHŁOP 3: Nie jon tylko jego Ale Baba.
CHŁOP 1: A mnie tam wsio za rawno. I tak mnie prawo jazdy za wódke zabrali. O co
inszego, żeby jona to wode w spiryt zmieniała (rozmarza się).
CHŁOP 2 (złośliwie): Może te twoje gowno niech by w spiryt zmieniła. Ciekawe
ktoro strono ty by go piuł...
CHŁOP 1: A paszoł ty! Bo jak cie pizne...
CHŁOP 3: Cichojta chłopy! To jak, bierzem tego magika?
CHŁOP 1( z rezygnacją): A niech będzie.
CHŁOP 2: Jak by co, to znowusz się zrobi referendum i go wy[****]i.
CHOCHOŁ: Miałeś chamie złoty róg, został ci się ino sznur...
CHŁOP 1,2 i 3: Chamie? Chamie? Poczkaj ty! (razem rzucają się na chochoła i
depczą go nogami, aż paździochy lecą. Kiepsko to wygląda.)
KURTYNA (nie wytrzymuje nerwowo): Co to jest! Głupie długie i bez sensu! Jakieś
chochoły, jakieś Hamlety, jakieś Julie! Kto to wymyślił! I te chłopy coś głupio
pieprzą!
AUTOR (nieco zmieszany): No jakże, to miała być wielka sztuka. Sam widziałem
sztukę „ Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” i wszystkim się podobała.
Tak i tu miało być światowo i patriotycznie i trochę miłości i coś z Szekspira i
coś z Mrożka. Wielka sztuka miała być... I wątek miłosny... I Gombrowicz. I
Mickiewicz...
KURTYNA: Gdzie tu? W F? Ty całkiem zgłupiał! No i talentu trochę trzeba mieć!
Talentu!
AUTOR( rozeźlony): A spadaj!
KURTYNA( posłusznie spada nie bez pewnej ulgi, bo to już...)
KONIEC
No niby koniec, ale nie całkiem bo oto przed kurtynę wypada
CHÓR WUJÓW
(śpiewa na melodię refrenu „Jożina z bażin”i podryguje jak stado paralityków)
Chłopy mażą żeby było miło
A jak zwykle głupio się skończyło
Miało być pięknie, że ho ho!
Ale znowu jakoś nie wyszło!
To ja jeszcze korzystając z okazji stanowczo oświadczam, że wszelkie postaci i
sytuacje w tej sztuce są całkowicie fikcyjne i nie mają nic wspólnego z tak
zwaną rzeczywistością. I to już naprawdę
KONIEC
Copyright by Markobrodaczo. All right reserved.Filipów, marzec, 2008.
Markobrodaczo
30 marca 2008