Zima 2006
1137.OŚWIADCZENIE
Niniejszym oświadcza się, że w nocy 7/8 grudnia 2006 roku ok. 2.00 doszło do
ohydnego i zbrodniczego aktu zawłaszczenia mojego nicku „Markobrodaczo”. Jak do
tego doszło? Oto fakty.
W nocy 7 grudnia poszedłem normalnie spać o godzinie 22.00 następnie obudziłem
się, a raczej wróciłem do przytomności następnego dnia rano za pomocą patrolu
policji, który walił do moich drzwi. Okazało się, że w moim pokoju panuje
straszny bałagan, po podłodze walały się butelki po piwie oraz butelka o
pojemności 0,7 litra z nalepką „tekilla” i jakimś ohydnym białym robakiem w
środku, sam zaś byłem wymazany cytryną, posypany solą , cierpiałem na potworny
ból głowy, suchość w gardle, niezborność myśli, a z moich ust wydobywał się
nieprzyjemny zapach. Po dłuższej chwili (bardzo dłuższej, ze względu na mój
stan) i konsultacjach z policją ustaliłem co następuje:
Jakieś zboczeńcy włamali się do mojego mieszkania (przy dziurce do klucza były
trzy rysy, a ja przecież w dziurkę trafiam bezbłędnie – gdy jest ciemno, to jadę
po palcu) , otruli mnie jakąś trucizną i, korzystając z tego, że leżałem
nieprzytomny, urządzili sobie libację ze śpiewem, tańcem i panienkami, która
trwała, według zeznań sąsiadów, do 5 rano, a następnie udali się w nieznanym
kierunku.
Ledwie udało mi się pozbyć tej policji i przekonać do mojej wersji zdarzeń
(ciężko było, rentę diabli wzieli) gdy w drzwiach stanęli następni, tym razem
już nie mundurowi i oskarżyli mnie o propagowanie seksu, alkoholizmu, deprawację
młodzieży oraz szkalowanie władz państwowych poprzez internet. Pletli coś o
jakimś IP ( Istnienie Poszczególne? Czyżby nasza policja była tak wysoce
kształcona, że i na filozofii się zna?). Rzeczywiście, gdy włączyłem komputer i
wszedłem do Księgi Gości, to okazało się, że nie dość, że w chałupie
narozrabiali, to jeszcze jakieś głupoty powypisywali w moim imieniu. W związku z
tym oświadczam, że ja to nie ja, a niewiernym mogę przedstawić do wglądu
następujące dokumenty:
1. Odpis z aktu urodzenia (urodziłem się prawie 80 lat temu, więc jako starszy,
poważny człowiek nie mógłbym robić takich rzeczy}
2. Odpis z aktu chrztu ( jestem Polakiem – Katolikiem, więc nie mógłbym popełnić
zarzucanych mi czynów, bo to grzech}
3. Odpis z aktu ślubu ( przysięgałem wierność małżonce przed władzami cywilnymi
i ołtarzem, więc nie może być prawdą, co sugerowała policja, jakobym w czasie
tej libacji zgwałcił 15-letnią dziewczynę z trzeciego piętra. Nie może to być
prawdą tym bardziej, że ma ona nie 15, a 16 lat, no prawie 16, poza tym ma
jakieś brzydkie znamię pod lewym sutkiem, a ja bardzo obrzydliwy jestem, no i
przecież sama chętnie daje, no to jak ją można zgwałcić? Prostytutkę? He, he he...)
4. Zaświadczenie o pobycie w zakładzie psychiatrycznym ( jestem normalny, te
zaświadczenie, to tak na wszelki wypadek. W szpitalu psychiatrycznym przebywałem
w celach naukowych. Chciałem sprawdzić, czy można ugryźć lekarza będąc
skrępowanym i przywiązanym do łóżka. Okazuje się, że można, ale nie warto. Po
pierwsze sztuczna szczęka uwięzła mi pod pachą lekarza i nie mogłem mu potem
wyjaśnić, że to naukowy eksperyment, a poza tym lekarzowi to się nie spodobało,
biegał po sali i wydawał jakieś okrzyki, pewnie jakiś nienormalny, na dodatek
kazał mnie podłączyć do prądu. Świeciłem potem przez tydzień, światła nie
musieli w sali palić. Dopiero potem jakiś wolontariusz niechcący mnie wyładował,
niech mu ziemia lekką będzie...).
Nie mam też nic wspólnego z jakimś RAF- em, zwłaszcza, że jak zdążyłem się
zorientować, jest to jakiś mason, działa pod wpływem gazety polskojęzycznej na
zlecenie wiadomych sił. Udało mi się także ustalić, że autorem tej ohydnej,
deprawującej młodzież piosenki jest niejaki Sidney Polak, ha, taki pewnie z
niego Polak jak z koziej dupy trąba, na pewno to jakiś murzyn działający w z
mowie z RAF-em, aby zdeprawować szlachetną i nieskalaną polską młodzież.
Śledztwo trwa nadal, ja tego tak nie zostawię, nie pozwolę szargać mojego
dobrego imienia. Na wszelki wypadek udaję się z powrotem na drzewo rosnące na
filipowskiej górce, które, durnowaty, niebacznie opuściłem. Uzbrojony w laptop i
moherowy beret z antenką dla lepszego odbioru Radia Maryja i Telewizji Trwam,
jedynych polskich rozgłośni w tym kraju będę prowadził nasłuch i obserwował
działanie wiadomych sił. O rezultatach Was powiadomię
Markobrodaczo
9 grudnia 2006
1138.Oświadczam, że z libacją alkoholową w
mieszkaniu markobrodaczo nie mam nic wspólnego. Nie dokonałem, też gwałtu na w/w
i nie jestem ojcem jego 60 letniej córki( co wykażą testy DNA, które
bezzwłocznie wykonałem), która była wynikiem tegoż incydentu podczas wspomnianej
libacji, suto zakrapianej TEKILĄ. I chociaż znalazłbym się z nim na bezludnej
wyspie i od nas zależałoby istnienie gatunku, to nie zdecydowałbym się na walkę
o jego przetrwanie. Nie jestem właścicielem robaka, którego policja znalazła w
butelce (odrobaczanie przeprowadzam regularnie, na co mam odpowiednie kwity).Nie
mam też nic wspólnego z Sidneyem Polakiem ani Ryszardem Mazurem, nigdy ich nie
poznałem ani tym bardziej nie planowałem z nimi morderstwa Marka Papały oraz
spożywania z nimi alkoholu w mieszkaniu markobrodaczo. Badania krwi wykażą, że
nie mogłem spożywać TEKILI, bo jako prawdziwy patriota i polak chlam tylko
polską czystą gorzałę, z Polmosów nieprzyjętych podstępnie przez układ oraz obcy
kapitał. Piję zresztą w jedynie słuszny tradycyjny sposób. Nigdy też nie byłem w
Canadzie, co insynuuje Filipowiak z Szikago. Nie należę i nie należałem nigdy do
Clubu Monarchistycznego.
Przyznaję się jedynie do współpracy z, murzynami, masonami, żydami, komunistami,
homoseksualistami wszelkiej maści, feministkami, Jerzym Urbanem, Adamem
Michnikiem, Zygmuntem Solorzem oraz telewizją TVN. Nigdy nie współpracowałem z
SB, czego szczerze żałuje.
Tak mi dopomóż Honor i Ojczyzna.
Co będę robił do poniedziałku?
Hmm…. Przeczytam dobrą erotyczną książkę.
P.S. Moje wiewiórki donoszą, że:
1. Markobrodaczo jest inwigilowany przez wywiad Meksykańsko-Cubański, który
podejrzewa go o współpracę z Filipowiakiem z Szikago na rzecz Stanów
Zjednoczonych i Andrzeja Lepera.
2. IPN sprawdza, czy markobrodaczo nie fałszował dokumentów i teczek, w których
prawdopodobnie zmienił swoją datę urodzenia, i zawyżył wiek o około 7 lat, co
znacząco wpłynęło na bieg historii i funkcjonowanie IV RP.
RAF 9 grudnia 2006
1139.Uprasza się młodzież poniżej lat 18 o nie
czytanie poniższego wpisu, albowiem będzie o polskiej polityce na najwyższym,
rządowym szczeblu.
Won, bachory !!!
W wyniku drobiazgowego śledztwa ustalono, że:
1. Aneta Krawczyk spała (?!) z posłem Stanisławem Łyżwińskim i wicepremierem
Andrzejem Lepperem jednocześnie. Jest to możliwe, ponieważ kobiety w okolicach
bioder posiadają dwa otwory. Poprzez działanie w jednym z tych otworów można
kobiecie zrobić dziecko, a w drugim nie (jest to pewne na 99%, ponieważ niektóre
kobiety mogą mieć przetokę między kanałem odbytu a kanałem pochwy).
2. Aneta Krawczyk mogła pomylić się co do ojcostwa swojej córki, ponieważ poseł
Lyżwiński przed odbyciem stosunku wypił pól litra wyborowej i dziwnie
wypiękniał, a wicepremier Lepper wypił 0,7 zagranicznej wódki z robakiem i
strasznie zbrzydł. Zresztą podczas stosunku wymieniali się otworami i A.
Krawczyk straciła tołk.
3. A.Krawczyk nigdy za dużo tołku nie miała, na dodatek nie była trzeźwa,
prawdopodobnie była też naćpana, ponieważ miała halucynacje. W trakcie składania
zeznań usiłowała wmówić śledczym, że pod łóżkiem siedziały dwa kurduple i co raz
spod niego wyglądały i złośliwie chichotały (musiała być nieźle naćpana, bo
twierdziła, że mają jednakowe twarze!).
Kiedy ustali się ojcostwo dziecka Anety Krawczyk zostanie to ogłoszone w
Monitorze Rządowym i Dzienniku Ustaw. W uznaniu zasług w dziedzinie zwiększenia
populacji Polski i walkę z ujemnym przyrostem demograficznym Prezydent Polski
ojcu dziecka uroczyście wręczy order Virtuti Militari , Ojciec Rydzyk odprawi
mszę dziękczynną, a przed gmachem sejmu zostanie postawiony pomnik Ojca Narodu (
dziecko, to część Narodu, temu nawet opozycja nie zaprzeczy).
Wszelkich malkontentów i przeciwników Jedynie Słusznej Panującej Nam Władzy
ześle się na Madagaskar. Zajmie się tym Młodzież Wszechpolska. Naród wybierał
Władzę i ta władza będzie nam panować! Wszelki spiski i knowania wiadomych sił
próbujących podważyć wolę Narodu zostaną stłumione w zarodku!
Markobrodaczo
10 grudnia 2006
1223.Kiedyś i ja próbowałem wyjechać do
Ameryki. Nawet wizę dostałem (znajomości w UOP), na bilet rodzina bliższa i
dalsza się złożyła i szczęśliwie wylądowałem na lotnisku w Niujorku. A tam dwóch
takich odpytywało na okoliczność przyjazdu. Przede mną stał jakiś arab i między
tymi typami i nim odbył się następujący dialog:
- Name?
- Abu Dalah Sarafi
- Sex?
- Four times a week.
- No, no, no.... male or female?
- Male, female... sometimes camel...
I wtedy oni zaczęli się strasznie śmiać i tego araba przepuścili. To ja już nie
czekałem na ich pytania i od razu im powiedziałem, że seks to i owszem, ale z
żoną pod pierzyną, a Cameli nie palę, bo za drogie, a ja nie po to przyjechałem
do Ameryki, żeby wydawać ciężko zarobione dolary na papierosy. A oni wcale się
nie śmieli, tylko mnie od razu do Polski odesłali, do dziś nie wiem dlaczego.
Może te z Chicago wiedzą i mi wyjaśnią o co tu chodziło? I jakim sposobem oni
się tam dostali?
Markobrodaczo
19 grudnia 2006
1228.Z tą kobyłą i klerykiem o których
wspomniałem w wpisach 1209 i 1210 to jest dłuższa historia. A co tam, mam trochę
czasu to wam opowiem.
Pewnego razu, „łońskiego roku”, jak powiadają starożytni Indianie, postanowiłem
nawrócić moją kobyłę na naszą piękną wiarę katolicką, bo wstyd przyznać, ale
moja kobyła była niewierząca. Długo się opierała, wcale mnie nie słuchała, ale
jak zacząłem jej czytać o Świętym Franciszku z Asyżu, jak on kochał ptaszki,
świnki i inne zwierzaczki, a one Jego, to się załamała, zaczęła płakać rzewnymi
łzami i zgodziła się ze mną pójść do kościoła. Wszystko było dobrze, ale do
czasu. Staliśmy przed ołtarzem, zacząłem jej objaśniać, co to jest ambona,
tabernakulum, co robi ksiądz za ołtarzem, ale cóż, znacie moją kobyłę, ma ona
taką przypadłość, że jak się wzruszy, to rozwolnienia dostaje. No i zesrała mi
się na środku kościoła. Pech chciał, że akurat przechodził ten kleryk. Co było
dalej to już wiecie. Wdepnął w te gówno, a jak zaczął wrzeszczeć i przeklinać,
to przyszedł ksiądz proboszcz, żeby zobaczyć, co to za hałasy. Jak zobaczył, to
puścił taką wiązankę, że ten kleryk to przy nim był mały pikuś. Co ciekawe nie
wrzeszczał na kobyłę, tylko na mnie. A czy to ja się zesrałem? No i wygnał nas z
tego kościoła.
Skutek był taki, że moja kobyła całkiem wiarę straciła, zaczęła pić, palić i
puszczać się. I to żeby tylko z końmi! Z knurami i baranami też. Raz, jak się
napiła, to i do mnie zaczęła się dobierać, ale wpieprzyłem jej porządnie batem,
to się uspokoiła.
Ja nawet tego proboszcza rozumiem. Akurat był wkurzony, bo podobno całą noc grał
w pokera z proboszczem z Bakałarzewa i przegrał wszystko, co uzbierał na tacę po
pięknym, wzruszającym kazaniu o cnocie ubóstwa („prędzej wielbłąd przejdzie
przez igielne ucho, niż bogacz trafi do raju”, coś w tym guście, dokładnie nie
pamiętam.) Nie dość, że przegrał to jeszcze wpiernicz dostał, bo się po pijaku
pokłócili. Wiadomo karta lubi wódkę i dym, a pokłócili się o to, który oszukuje.
Oszukiwali obaj, ale nasz proboszcz nie umiał oszukiwać, na dodatek miał słabą
głowę, więc nic dziwnego, że oberwał. Ale czy to wszystko moja wina?
Czy tak było, czy nie było, niech inni na ten temat się wypowiedzą. Ja, w każdym
bądź razie, od tej pory już nikogo nie próbuję nawracać, a i sam dawno jakoś w
kościele nie byłem. Ale na pasterkę chyba pójdziemy, muszę tylko kobyle założyć
pampersa.
Markobrodaczo
20 grudnia 2006
1229.Morko, nie oddawaj tak łatwo głowy do
ścięcia.
Po pierwsze, wyborcza nie jest książką tylko gazetą. (co przeoczyłeś, ale to
szczegół).
Po drugie, w tym czasie jak były pisane te słowa to Michnik siedział w
podziemiach.
Po trzecie, oprócz wyborczej, czytam jeszcze NIE.
Przebrnąłem, tez przez „Janka muzykanta” i „O psie, który jeździł koleją”.
Dałem rade też przeczytać, twój ostatni i przed ostatni wpis. Zrozumiałem z
niego, że znęcasz się nad swoją kobyłą, prowadząc ją do kościoła, bez pozwolenia
na wcześniejsze wypróżnienie się, oraz batożąc za chęć zbliżenia się do
właściciela.
RAF
20 grudnia 2006
1235.RAF, gdybym był złośliwy napisałbym, że
mało zrozumiałeś z moich wpisów, ale nie dziwię się temu, bo masz wyraźne
kłopoty z głową. Wystarczy porównać wpisy 1231 1232. Czy to tylko początki
sklerozy, czy już demencja starcza? Może za dużo się naczytał i zaszkodziło, a?
Czytać Gazetę Wyborczą z NIE jednocześnie, to tak, jakby mieszać denaturat z
politurą. I efekty widać.
Tym bardziej Cię podziwiam za to, że dałeś radę przeczytać mój ostatni wpis,
zwłaszcza, że zawiera trochę więcej niż trzy zdania. Niektórzy tutaj czytają
takie teksty przez cały tydzień, a potem jeszcze się z tego spowiadają...
I nie jestem żaden Morko, co za Morko, jaki Morko, czy to z Tolkiena?
Masz szczęście, że nie jestem złośliwy, to Ci tego wszystkiego nie napiszę.
Ale zdrzaźniłem RAF-a, sądząc po godzinach, w których robił te wpisy, to
musiałem mu zepsuć humor na cały dzień, aż przyjemnie pomyśleć. Pierwszy wpis
był o 13.23, drugi o 16.56, trzeci o 17.47 następny o 17.51, a na koniec z tej
rozpaczy poszedł o północy zrobić sobie dobrze, o czym zameldował jakiemuś
Sucharowi (może Suworowowi?). No bo jak się można przespać sam z sobą? Moja
kobyła twierdzi, że zna lepsze określenie, ale ona jest końska szowinistka i
świnia zarazem.
A propos’ kobyły: Benek, masz od niej buziaki za kawał o „Naszej Szkapie”.
Bardzo jej się podobał, chociaż połowy nie zrozumiała.
A na deser powiastka stara, ale jak widać wciąż aktualna, z dedykacją dla RAF-a
oczywiście:
Przychodzi dwóch staruszków do kolegi. Ten im proponuje:
- A może kawy byśmy się napili?
- A bardzo chętnie
Wypili. Za chwilę staruszek pyta:
- A kawy byście się nie napili?
- Czemu nie...
I tak kilka razy. W końcu poszli sobie, a w drodze powrotnej jeden mówi do
drugiego:
- Zobacz jaką ten Zenek ma sklerozę, tyle godzin żeśmy u niego przesiedzieli, a
on nam nawet kawy nie zaproponował...
Markobrodaczo
20 grudnia 2006
1239.Mam nagromadzoną całą wannę błota,
wszystkie garnki zajęte i mam to trzymać przez całe święta? A w czym barszcz
wigilijny ugotować? Trudno, może jakoś wytrzymam, najwyżej garnek pożyczę od
sąsiadki, zwłaszcza, że wcale nieszpetna jest, może uda się przy tej okazji
zawiązać jakieś bliższe stosunki? Łech, łech, łech, stosunki...
RAF,problem polega na tym, że niestety ja złośliwy jestem nie tylko
teoretycznie. Ale co roku obiecuję sobie, że się poprawię. Podobno jaka wigilia,
taki cały rok. Spróbuję nie być złośliwy przez cały dzień. Do tej pory mi się
nie udawało, ale to będzie okrągła 75 obietnica, więc przy okazji takiego
jubileuszu może się uda...
Do "Tego z hameryki" to i owszem na Emila odpiszę, jeśli - pozwolę tu sobie
przypomnieć - przyśle mi paczkę z Hameryki, co mi ją obiecał przysłać na święta
jakieś 30 lat temu... Za darmo się męczyć i po klawiaturze stukać? Nie ma
głupich i tak odcisków od tego stukania na palcach dostałem.
To tyle na szybko. Idę do sąsiadki po garnek, bo widzę, że jej mąż już pojechał
do roboty. Życzenia świąteczne prześlę osobno, muszę się jeszcze w tej kwestii
naradzić z moją kobyłą.Pa, pa.
Markobrodaczo
22 grudnia 2006
1249.Ano wrócili z tej wyprawy po Złote Runo
niektórzy towarzysze Admina, chodzą teraz po Filipowie i rozpytują, co to za
jeden ten Markobrodaczo. Dyskretnie się rozpytałem o co chodzi i co się okazało?
Podobno Admin pewnego razu wybrał się z tego lasu do kawiarenki internetowej
poczytać, co też ludzie wypisują w Księdze Gości pod jego nieobecność. No i
trafił na mój wpis nr.1139 o polityce rządowej na najwyższym szczeblu, a muszę
dodać, że on bardzo prorządowy jest. Najpierw go skręciło przed tym komputerem,
potem zaczął wydawać dziwne odgłosy, coś jak skrzyżowanie wycia kojota z pianiem
koguta. Wszyscy w popłochu z tej kawiarenki uciekli słusznie mniemając, że za
chwilę może wydarzyć coś strasznego. I mieli rację. Admin wyrwał z tej
kawiarenki, jak kot z przyciśniętym ogonem. Znacie tą zabawę? Kiedy nie było
jeszcze internetu, było to ulubione zajęcie filipowskiej młodzieży. Trzeba
umiejętnie podejść kota z tyłu i nastąpić mu z całej siły na ogon. Wtedy on
miauczy przeraźliwie i drapie pazurami ziemię, próbując się uwolnić. Kiedy się
go puści, wtedy idzie jak rakieta, a jak jeszcze z rozpędu walnie łbem w jakieś
drzewo, to już można pęc ze śmiechu.
Tak samo nasz Admin wyrwał z tej kawiarenki wydając dziwne odgłosy, złapał po
drodze za siekierę i pognał do lasu. Łbem, dzięki Bogu, w żadne drzewo nie
walnął, ale zanim się uspokoił, to ogolił z gałęzi cztery hektary pięknego
świerkowego lasu.
No i teraz siedzę na moim drzewie na filipowskiej górce i trzęsę się ze strachu,
aż resztki zeschłych liści sypią się na ziemię. Wielkiej polityki mi się
zachciało, cholera jasna, a teraz czuję, że może spaść z karku mój biedny,
barani, markobrodaczowy łeb. Tlą się jeszcze we mnie resztki nadziei na
uratowanie życia, bo ci Irlandczycy to jakiś strasznie durny naród. U nas, żeby
ktoś taką melewetę z lasem zrobił, to by dawno w więzieniu siedział, a ci
podobno nie tylko nawet marnego kolegium Adminowi za ten las nie zrobili, to
jeszcze mu za to zapłacili! Może się bali, że im resztę lasu wytnie?
Markobrodaczo
22 grudnia 2006
1250.A w dupie mam admina! Jak ginąć, to z
honorem!
Dzieci, won od komputera, bo będzie o polityce na najwyższym, rządowym szczeblu
ciąg dalszy.
Może ktoś nie śledził polskiej polityki na najwyższym rządowym szczeblu, zajęty
przygotowaniami do świąt, więc uprzejmie donoszę, co się ostatnio wydarzyło:
1. Wicepremier Andrzej Lepper skruszał, niczym zając na mrozie wywieszony na
balkon, zapłakał i poszedł z pielgrzymką na Częstochowę, przepraszam, do
Częstochowy (na Częstochowę to poszli Szwedzi, żeby ją zaatakować, a wicepremier
poszedł się bronić, więc do Częstochowy [Canossy]).
2. Nie sam poszedł, ale poprowadził całą swoją partię.
3. Jak mówi Pismo Święte, z jednego nawróconego grzesznika jest większa radość,
niż z 99 wierzących, a wziąwszy pod uwagę, że w Samoobronie jest ludzi całkiem
sporo, więc w niebie zapanowała taka radość, że o bożym świecie tam zapomnieli i
stąd taka mało świąteczna aura. Wszyscy święci balują w niebie!!!
4. Andrzej Lepper jest pierwszym politykiem, któremu udało się nawrócić na dobrą
drogę całą partię, co zresztą sam osobiście raczył ogłosić, i w związku z tym w
kręgach kościelnych zbliżonych do radia Maryja mówi się o wyniesieniu Andrzeja
Leppera na ołtarze (zniesiony z trybuny sejmowej, wyniesiony na ołtarz – taka
przeprowadzka). Wedle kościelnych procedur ma być następnie ogłoszony Świętym,
jest tylko jedna drobna przeszkoda – nie można być ogłoszonym Świętym za swojego
życia, ale to szczegół, odpowiednia uchwała jest już w Komisji Sejmowej.
5. Dowody na to, że Andrzej Lepper Świętym jest, już są, o czym mogę sam
zaświadczyć. Otóż jeżeli ogląda się Andrzeja Leppera w telewizji na kolanach, z
głową lekko przechyloną w prawą stronę, to widać wyraźnie nad jego głową
aureolę. Z tym, że ta aureola jest bardzo wyraźnie widoczna w telewizji Trwam, a
na przykład jeżeli ktoś ogląda TVN, to musi leżeć krzyżem na ziemi, wtedy może
coś zauważy.
6. Okazało się, że poseł Łyżwiński ojcem córki Anety Krawczyk nie jest, Andrzej
Lepper twierdzi, że tylko obok niej przechodził, czyżby więc... aż strach
pomyśleć, na wszelki wypadek przyklęknę, czyżby więc samo przebywanie w pobliżu
wicepremiera Leppera? Czyżby kolejne niepokalane poczęcie? Raz już, podobno,
gdzieś około dwóch tysięcy lat temu taki cud się zdarzył, dlaczego by nie teraz?
Przecież Lepper Świętym jest! To dlatego Krawczykowa tak starannie zasłaniała
twarz tej dziewczynki! Widocznie jeszcze nie nadszedł Czas, by to światu
objawić...
7. Duch Święty także musiał zstąpić na naszego wicepremiera, bo postanowił
napisać księgę (do tej pory to tylko podpisać się umiał – kolejny cud i dowód
łaski, która nań spłynęła), o rozwoju polskiego parlamentaryzmu i o zamachu
stanu, który próbowano przeprowadzić na rząd polski za pomocą Anety Krawczyk
(kiedy A. Lepper dobierał się do niej z tyłu, to ona zamachnęła się na niego
ręką, próbując się od niego odpędzić, a przecież A. Lepper jest przedstawicielem
rządu, więc de facto był to zamach na polski rząd. Całe jej szczęście, że nie
trafiła, bo minister Ziobro już tylko na to czekał za drzwiami hotelowego
pokoju, gdzie ten zamach się odbywał).
8. Pomagać w zbieraniu materiałów do tej księgi ma poseł Łyżwiński, którego
wicepremier w tym celu zwolnił z wszelkich innych obowiązków.
9. Roboczy tytuł księgi: „Dwie fujary do jednej szpary”.
10. Grupa posłów widząc aktywność wicepremiera, a nie chcąc być gorsza,
pośpiesznie wysunęła inicjatywę ustanowienia w Polsce monarchii. Królem ma być
niejaki Jezus Chrystus (nawiasem mówiąc, podobno Żyd). Niestety, sam
zainteresowany na ten temat się nie wypowiedział, zwłaszcza, że Go nikt nie
pytał, a ci, którzy uważają się za jego przedstawicieli( jakby ktoś nie wiedział
– to takie chłopy poprzebierane w czarne, bądź czerwone suknie do samej ziemi;
te w czerwonych ważniejsi. Uwaga – nie mylić z gejami i transwestytami!
Strasznie obrażalskie są!), zachowali do tej inicjatywy podejrzany dystans.
I to na razie tyle, bo i tak pewnie co dziesiąty z czytających dobrnie do końca
tego przydługiego tekstu. Niestety, przez te komputery grozi nam wtórny
analfabetyzm. I kto będzie tą Leppperowską epopeję czytał?
Markobrodaczo
27 grudnia 2006
1256.Raf, bardzo śmieszne te twoje kawały,
tylko kompletnie dla nas, biednych prowincjuszy,niezrozumiałe - np. co to jest
Guiness Stout? Czy to ma coś wspólnego z Księgą Guinessa? Brenda - rozumiem to
taka wódka pędzona na myszach, ale Guiness Stout? Cholera, już raz mnie
załatwiłeś jakąś durnym cytatem, każąc szukać autora, teraz kolejna zagwozdka.
Dobra, teraz kawał dedykowany wszelkim kleszczom, adminom,rafom, ogólnie rzecz
biorąc wszystkim tym, którzy wybrali się na obczyznę samolotem:
Pilot mówi do stewardessy:
- Niech pani idzie, powie jakoś delikatnie pasażerom, że zaraz się rozbijemy,
niech godnie przygotują się na ostatnie chwile życia.
Stewardessa wychodzi do pasażerów i radośnie woła:
- Kochani pasażerowie, czy każdy z was ma paszport? Proszę podnieść paszporty do
góry!
Wszyscy podnoszą paszporty.
- Pięknie - zachwyca się stewardessa - a teraz wszyscy rolują paszporty.
Rolujemy, rolujemy, ciaśniutko, bardzo dobrze! Wszyscy zrolowali? Wspaniale!
Teraz niech każdy wsadzi swój paszport w dupę, będzie łatwiej ciała
zidentyfikować...
Markobrodaczo
29 grudnia 2006
1267.Korzystając z okazji, że Sauron (łech ,
łech,łech, - Sauron!) dopiero pisze te streszczenie chciałbym w imieniu swoim
oraz mojej kobyły złożyć najserdeczniejsze noworoczne życzenia wszystkim
filipowiakom oraz sympatykom Filipowa, tym, którzy tą Księgę, poprzez swoje
wpisy współtworzą, tym, którzy te wpisy czytają i tym, którzy tego nie czytają,
bo przynajmniej resztek moich zębów nie powybijają.
Szczęśliwego Nowego Roku w szczególności życzę (kolejność przypadkowa):
Rafowi, mojemu zięciowi, totowi , robowi, ewci , stefci, niech żyje ewa, co
spadła z drzewa, wszystkiego dobrego dla keepera (niech go jasna cholera), ABW,
BMW i dla małego fiata, mojego brata, kleszczowi, dla iksa, igreka, zeta i
całego alfabeta, wszystkim wyborcom tego i owego, pana koniecznego, dykierta,
snopka, benka, Vana, blokersom, pampersom, admina (ciekawe, jaka teraz jego
mina), niech żyje ten z hameryki, a także ten z kanady, australii, nowej
zelandii i kurlandii.
Przerwa, na nabranie oddechu. Dobra, jadziem dalej.
Niech nam żyją: babka morowa, od której boli głowa, niech ją dobry Bóg weźmie do
nieba, oby jak najprędzej, wszystkie babki, dziadki, młodzież filipowska, całe
grono pedagogiczne ze szczególnym uwzględnieniem pani Świerzbin, która raczyła
łaskawie odwiedzić niegodne progi Księgi Gości, wszystkiego dobrego Zackiewiczom,
Pietkiewiczom, Podgórskim , Zagórskim, Beacie i jej tacie, Koniszewskim,
Rusanowskim, Jakubowskim, Marii, Dawidowi, Szyma
ńskim, Lutostańskim, Kalwajtysom, sołtysom, Jakubanisom, Irenie Bezdzieckiej i
dla Ewy z dzieckiem, Magdzie, Frukaczom, Sztejterom, Walickim, Romkowi, Darkowi,
Waldkowi, Brzęczce, Zenkowi, Tomkowi, Trockiemu , dla strusia Emu, Kobylańskim,
psom bezpańskim, Jaśkom, Rogowskim, pijakom, abstynentom, Syperkom, Zdancewiczom.
Więcej nazwisk nie pamiętam, serdecznie tego żałuję, wielki smutek z tego powodu
czuję, ale co zrobić, denatura mózg wyżarła, jak wstanę z łóżka to nieraz trzy
godziny patrzę się w lustro zastanawiając się, co za obrzydliwa menda do mojej
chałupy przylazła i bezczelnie gapi mi się prosto w oczy. Swojego nazwiska nie
pamiętam już dawno. Bartosieic? Bartoszko? Bartoszewicz? Jakoś tak. Muszę
zapytać mojej kobyły, ona powinna wiedzieć. Acha, czasami wołają na mnie
markokbrodaczo.
Markobrodaczo
31 grudnia 2006
1304.No tak, dawno mnie tu nie było, bo
chciałem dać odpocząć od mojej skromnej osoby całemu rozgadanemu towarzystwu,
zaglądam po tygodniu i co? Gówno, chciałoby się powiedzieć, ale jestem
kulturalny, więc tak nie powiem. Ale faktem jest, że atmosfera siadła, bryndza
ogólna, tylko trochę Raf próbuje rozgrzać towarzystwo. Ewę ledwie stać na jakieś
beknięcie „Amen”, co po skandalu z arcybiskupem Wielgusem wcale nie brzmi za
ciekawie. A takie piękne teksty pisała! Coś o kamyczkach,o motylkach, jakiś
przepis na zupę kartoflaną z jabłkami... Nikt tego nie rozumiał, bo któż może
pojąć kobietę, ale sympatycznie było, jakoś tak przyjemnie. W kobiecym
towarzystwie to nawet ja trochę zgrzeczniałem. Pojawił się też Ten z Hameryki,
pogięta jego blaszka, próbując zainteresować ludzi ciężkim losem Admina, kij mu
w oko, przepraszam, nie kij, a witka.
No jest i Benek. Nie martw się Beniuś, nie zapomniałem o Tobie, specjalnie
zostawiłem Cię na koniec, bo mam z Tobą do pogadania.
Okrutnie mi podpadłeś. Nie wiem jakim sposobem wywnioskowałeś, że Sauron i
Markobrodaczo to ta sama osoba. Czy naprawdę wydaje Ci się, że nie mam nic
innego do roboty, tylko pisać streszczenia książek? Wybacz, ale mam dosyć
wyobraźni, żeby stworzyć coś własnego, co postaram się wkrótce udowodnić. Nie
wiem, kto się kryje pod nickiem Saurona, chociaż troszkę się domyślam, nie wiem
jakie intencje nim (nią?)kierują, ale jeśli miało to na celu zainteresowanie
kogoś piękną sagą Tolkiena, to skutek jest chyba odwrotny, bo to i przydługie i
naszpikowane nazwami i nazwiskami, na których można i język i oczy połamać.
Obraziłeś mnie bardzo, wątpiąc w moją inteligencję, inwencję i tfurczość, za
karę następne kilka następnych stron to będę Ja, ja i jeszcze raz ja.
Ale jaja...
Markobrodaczo
12 stycznia 2007
1305.MARKOBRODACZO I JEGO KOBYŁA
Jak ten czas szybko leci! Jeszcze nie tak dawno było Boże Narodzenie, a tu już
połowa stycznia. Myślałem, że chociaż może moja kobyła przemówi do mnie ludzkim
głosem, ale ona twierdzi, że jest niewierząca i gadać w wigilię nie zamierza.
Zapytacie może, w jaki sposób się z nią porozumiewam, skoro nie mówi? To bardzo
proste. Wystukuje odpowiedzi kopytem alfabetem Morse’a. Kiedy siedzę przy
komputerze, to lubi stać za mną i pisać swoje komentarze do moich wypocin
wystukując je na mojej głowie. Ile już ona podków zużyła! Ale ogólnie to głupie
bydlę jest, co zaraz postaram się udowodnić.
Otóż jestem winien Adminowi pewną sumę pieniędzy. Wielką, niewielką, zależy z
której strony na to patrzeć. Dla mnie w zasadzie i tak bez różnicy, bo pieniądze
dawno przepite. Zresztą pożyczyłem je już jakiś czas temu i każdy porządny
człowiek dawno by o tym zapomniał, ale ten Admin to wredna małpa jest i bardzo
pamiętliwa. Zawsze chodzi podcięty i nie pamięta nawet w której kieszeni ma
klucze do chałupy, a o tym długu pamięta. Raz był taki pijany, że ledwie na oczy
widział, żeby nie zbawczy płot, to by mordą po chodniku orał, więc podszedłem do
niego odważnie i mówię: „ Cześć Admin!”, a on przyjrzał się mi uważnie, wreszcie
zadziałało jakieś połączenie w jego przepitym mózgu, poznał mnie i wybełkotał: „
A, małkobłodaczo, kiedy ch..u odddasz pieniądze?” i usiłował kopnąć mnie w
głowę, co ze względu na jego stan zupełnie się nie udało, a nawet o mało co nie
skończyło się dla niego tragicznie, bo ledwie utrzymał się na nogach. Cóż mogłem
zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście obraziłem się i powiedziałem: „Panie ch..u,
panie ch..u, jeśli łaska, brudzia ze sobą nie piliśmy” i z dumnie podniesioną
głową, ale dość pospiesznie oddaliłem się z miejsca zdarzenia.
Niemniej jednak jakieś wyrzuty sumienia zaczęły mnie gryźć i wpadłem na świetny,
jak mi się początkowo wydawało, pomysł. Postanowiłem odegrać te pieniądze w
pokera. Nauczyłem moją kobyłę paru sztuczek, zresztą każdy, kto miał choć
odrobinę do czynienia z tą grą to wie, że jak dwóch gra na jedną rękę, to zawsze
wygrywają. Natłukłem worek puszek po piwie, kobyła poświeciła ostatni worek
owsa, spieniężyliśmy nasze majątki i poszliśmy grać. No i co? No i przegraliśmy
wszystko. Przez durną kobyłę, bo jak dostawała dobrą kartę, to rżała i ogonem
machała. Teraz patrzeć na siebie nie możemy, zwłaszcza że ona głodna, a ja
spragniony.
Ot, głupie bydlę...
A najgorsze jest to, że dług nadal nie spłacony, a Admin, co trudno mi sobie
wyobrazić, w ogóle w tej Irlandii podobno nie pije. Jeżeli tak mnie potraktował
po pijaku, to co będzie, jak mnie spotka na trzeźwo? Oj. chyba czas skryć się
między konarami mojego ulubionego drzewa na filipowskiej górce...
Copyright by Markobrodaczo, Filipów 2006. All rights reserved.
Markobrodaczo
13 stycznia 2007
1327.MARKOBRODACZO SIEDZI NA DRZEWIE.
Ano siedzę. Nie jest tu może zbyt wygodnie, wichry wieją, deszcz pada, ale tyle
razy już tu przebywałem, że już powoli zaczynam się przyzwyczajać. Są i plusy
tego położenia. Przede wszystkim mogę patrzeć na ludzi z góry. Wzrost mam dość
nikczemny i patrzenie z góry sprawia mi duże trudności ze względów technicznych,
a na drzewie, proszę bardzo, siedzę sobie, parzę na wszystkich z góry i pluję na
nich.
Pluję jak najbardziej dosłownie, bo jednak trochę nudno tak siedzieć samemu,
więc wymyśliłem sobie taką zabawę. Charakter, co wszyscy wiedzą, mam wredny,
więc bardzo mi się to spodobało, bo i zaspakaja moje niskie instynkta a i
element sportowy w tym jest – trudno trafić.
Na początku plułem na wszystkich, ale szybko się znudziłem, bo ci, co mają włosy
niestety, tego nie czują. Łazi często pode mną taki, co mu się wydaje, że ma
perukę na głowie, a z tej peruki to już wojłok się zrobił, pluć można do woli,
ani on tego nie poczuje, ani ta peruka nie zbrzydnie, bo z racji długiego
używania okrutnie obrzydliwa jest i szkoda na nią śliny.
Wymyśliłem więc innowację. Zacząłem pluć tylko na łysych. Ale frajda, mówię wam!
Najpierw się ocierają i rozglądają dookoła z głupią miną. Wtedy ja na górze,
schowany za konarami drzew udaję wronę: „krra, krrra !”, niby, że to ona im na
głowę nasrała. Ach, jaka piękna gra uczuć maluje się na twarzy oplutego!
Zdziwienie przechodzi we wstręt, zaczyna się szybko ocierać i rozglądać dookoła,
czy nikt nie widzi. A niedaleko jest sklep firmowy mleczarni „Rospuda” i ludzie
po masełko maszerują...I patrzą... Wtedy pozostaje już tylko szybka ucieczka.
Ciekawa sprawa, kiedy nikogo nie ma, to próbują strącić wyimaginowaną wronę
rzucając kamieniami i wyklinając najgorszymi słowy, a jak tylko ktoś patrzy, to
zaraz wstydliwie uciekają. Jeden taki łysy to chyba z pół godziny krążył wokół
drzewa, próbując mnie wyparzyć, dobrze że te moje drzewo ma grube konary, to
jakoś udało mi się przed nim ukryć. A klął! A wyzywał! Sam nie umiałbym puszczać
takich wiązanek. A na oko porządny gość, krawatka, garniturek, tip top. Zostawił
mnie w spokoju dopiero jak ktoś nadszedł.
Lubię też podsłuchiwać. Raz szło pode mną dwóch facetów. Udało mi się podsłuchać
fragment rozmowy:
- ...słuchaj, a jak ten nowy wójt? Dobry?
- A cholera go wie, myślisz, że ja nie mam nic innego do roboty, tylko łazić po
gminie?
- Boguś był w porządku, flaszkę można było z nim zrobić, załatwić sprawę,
ciekawe czy ten pije.
- Nie wiem, słyszałem tylko, że to jakiś łysy kurdupel. Podobno zawsze w
garniturze, krawat ciasno zawiązany, że mu gały na wierzch wyłażą, boją się go,
bo nie wiadomo, co to za jeden.
- A słyszałeś, jaka zadyma u nich wyszła? Tą fryzjerkę wypierdolili, bo...
Nie wiem, dlaczego tą fryzjerkę wyrzucili, bo poszli dalej. Czort z fryzjerką,
ale muszę przyznać, że się nieco zaniepokoiłem opisem nowego wójta. Coś za
bardzo mi pasował do tego namolnego gościa A jeśli ja, ze swoim parszywym
szczęściem, nie daj Boże, ten tego, na tą ... Eeee, to niemożliwe, przecież taki
persona piechotą nie chodzi...
Długo nad tym się nie zastanawiałem, bo na horyzoncie pojawiła się paniusia w
kapelusiku. Taka z tych, co to wszystkie rozumy pozjadała, wszystko wie, sama
jest najpiękniejsza, najmądrzejsza, a resztę ludzi ma w głębokiej pogardzie.
Drobiła na szpileczkach, starannie omijając kałuże i rozglądała dokoła. Po
wyrazie twarzy można było dokładnie wyczytać jej myśli : „... ale wiocha, gdzie
mnie tu zaniosło, żeby mi nie powiedzieli, że masło filipowskie jest najlepsze w
Polsce, a tu podobno tylko dwa czterdzieści kosztuje, to noga moja by tu nie
postała, kupię dziesięć kostek i najbliższym autobusem do domu... a ciemno, a
brudno, i jeszcze te cholerne wrony...”
O nie! Dam ja ci wiochę! Zagrał w mojej duszy lokalny patriotyzm. Wyobraziłem
sobie, że jestem puzonistą w orkiestrze symfonicznej, przede mną pełna sala, a
każdy żre cytrynę i gapi się na mnie (wyobraźnię to ja mam bujną), nabrałem w
płuca powietrza, zebrałem w sobie wszystkie siły i jak plunąłem!!! Chyba wyrwało
mi skrzepy z płuc, których się nabawiłem paląc machorkę w czasie wojny, bo babie
kapelusik z głowy zleciał, a ja o mało nie spadłem z drzewa.
Zobaczyła mnie. A ja z tego wszystkiego straciłem głowę i zamiast się schować
próbowałem zakrakać. Niestety, ten wysiłek drogo mnie kosztował, więc nie udało
mi się. Wyszło tylko jakieś ochrypłe: „ Aaaaa”. Nie wiem, co ta kobieta
pomyślała, kiedy nagle o zmierzchu ujrzała faceta, który nagle skacze na nią z
drzewa wydając jakieś ochrypłe wrzaski. A może i nie zdążyła pomyśleć, bo w
odpowiedzi zawyła dziko i poooszła! Pognała gdzieś w stronę Gołdapi, gubiąc po
drodze pantofle. Trzeba przyznać, że przyśpieszenie miała niezłe. Po kilku
sekundach znikła mi z oczu. Jak jej na granicy nie zatrzymają, to pewnie doleci
do Królewca, zanim się spotka z rozumem. Szkoda, że tak szybko mnie opuściła,
przekazałbym jej pozdrowienia dla mojego starego przyjaciela Immanuela Kanta
którego pomnik tam stoi.
No cóż , meta była spalona, wrzasku narobiła na całą okolicę, znając mentalność
zabobonnego ludu filipowskiego, zaraz zaczną opowiadać, że koło mleczarni
straszy i zleci się tu kupa naroda. Rad niewola zlazłem z drzewa i powlokłem się
do chałupy. Po drodze na Olędry z przyzwyczajenia zajrzałem do kosza na śmieci,
który stoi koło „Firka”, czy czasami nie ma puszek po piwie. Zdecydowanie nie
był to dla mnie dobry dzień. Puszek nie było, natomiast leżała stara, zmoczona
przez deszcze ulotka wyborcza. Spojrzałem na nią i ... wszystkie włosy na głowie
(a mam ich 4672) stanęły mi dęba! Albowiem z tej ulotki patrzyła na mnie
czarnymi, przerażającymi oczyma łysa, szara, upiorna twarz o ziemistej cerze.
Twarz człowieka, który mnie tak wyzywał, gdy go oplułem, kiedy spokojnie wracał
ze spaceru do obelisku, który postawił będąc jeszcze prezesem Stowarzyszenia Na
Rzecz Rozwoju i Promocji Gminy Filipów! Twarz nowego, miłościwie nam panującego
wójta!!!
Uciekać! Uciekać!. Nie było czasu to stracenia. Pognałem do chałupy jak szalony,
niczym kot, któremu ktoś zasadził porządnego kopa w dupę, wpadłem bez tchu na
bednarkowe pole, gdzie pasła się moja kobyła, żeby dosiąść jej i uciec, gdzie
pieprz rośnie, ale musiałem mieć wyraz twarzy podobny do tej paniusi w
kapelusiku, bo moja ukochana kobyłka wcale mnie nie poznała, tylko ujrzawszy
mnie stanęła dęba, zarżała dziko, następnie wierzgnęła tylnymi nogami, zaprawiła
mnie kopytem między oczy i zrywając się z powroza pognała na oślep przez pola,
pagórki, Filipówkę, gdzieś akurat śladem tej paniusi.
Siedzę teraz na trawie, we łbie mi dzwonią wszystkie dzwony z przeklętego
wzgórza, guz na czole rośnie, w uszach szumi, a w głowie kołacze się natrętna
myśl: Ciekawe, czy zdążą się spotkać przed Królewcem, wziąwszy pod uwagę, że
kobyła ma cztery nogi, 17 lat i pędzi z prędkością około 60 kilometrów na
godzinę, a paniusia ma dwie nogi, około 40 lat, wystartowała prawie pół godziny
wcześniej z prędkością zbliżoną, niemniej jednak jednostajnie malejącą? Ale jak
zobaczy za sobą dzikie zwierzę z rozwianą grzywą i pianą na pysku to może
przyspieszy? Ciekawe, ciekawe, oto pytania godne takiego filozofa jak ja...
Copyright by Markobrodaczo, Filipów styczeń 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
24 stycznia 2007
1332.OŚWIADCZENIE
W związku z wpisem Mrakobrodaczo na drzewie oświadcza się co następuje:
Jest to bezprzykładny atak na osobę wójta wybranego w demokratycznych wyborach
przez Naród., mieszkańców gminy. Nie pozwolimy na szarganie dobrego imienia i
godności urzędnika państwowego. Wszczeliśmy odpowiednie kroki mające na celu
postawienie przed sądem autora wpisu za obrażanie. Wystąpiliśmy także do
odpowiednich organów żeby odnalazły właściciela tej strony, który pozwala na tak
jawnie antypaństwowe wystąpienia i odpowiednio zadziałały według swoich
kompetencji szczególnie chodzi o zamknięcie strony.
Rzecznik Prasowy Urzędu Gminy
Rzecznik Prasowy Urzędu Gminy
30 stycznia 2007
1353.ODPOWIEDŹ NA OŚWIADCZENIE RZECZNIKA
PRASOWEGO GMINY
Przyznam , że nie spodziewałem się tak ostrej reakcji na moje pisanie. Jak
trafnie zauważył Robo jest to tylko opowiadanie, czyli fikcja literacka, mająca
co prawda oparcie w rzeczywistości, ale nie dotycząca konkretnych osób. Trudno
chyba sobie wyobrazić dorosłego człowieka siedzącego na drzewie i plującego na
głowy. Nigdzie w tym tekście nie padło nazwisko obecnie urzędującego wójta. Znam
tego pana tylko z widzenia, nie znam go osobiście i mam nadzieję, że będzie
dobrze pracował dla dobra ogółu. Nawiasem mówiąc, myślałem, że ma większe
poczucie humoru. Jeśli poczuł się urażony tym tekstem, to przepraszam.
Przepraszam również mieszkańców ulicy Olendry, jeżeli poczuli się urażeni moim
tekstem. Powtarzam jeszcze raz, że jest to opowiadanie. Zwracam uwagę, że w tym
tekście piszę o „Olędrach”, a nie „Olendrach”, czyli nie piszę o konkretnej
ulicy w Filipowie. W świetle prawa to nie jest to samo i wybronię się przed
każdym sądem.
Za to co piszę odpowiadam ja i tylko ja i nie widzę sensu w karaniu twórcy tej,
bardzo ciekawej strony o Filipowie. Zresztą pan wójt go również zna i to wręcz
śmieszne jest udawanie, że się nie wie kto stworzył tą stronę. Jeśli ktoś tu
jest winien to tylko ja i mogę po prostu nie robić wpisów do Księgi Gości,
chociaż winny się nie czuję.
Z poważaniem.
Autor wpisu „ Markobrodaczo siedzi na drzewie”
Markobrodaczo
3 lutego 2007
1362.Jakoś policja do moich drzwi na razie nie
stuka, wejście na Księgę mam jeszcze niezablokowane, więc piszę dalej.
Nie wiem o co wam chodzi z tą zabawą i o trzeźwości ustawą. Chłopy, jeśli nie
macie się gdzie bawić, bierzta wódkę, chodźta do mnie! Raz, jak ja z moją kobyłą
odstawili bal, to pół wioski się zleciało, na metach „smorodiny” zabrakło. I
żadnej policji i straży nie było. Teren prywatny, wstęp zakazany i koniec.
Dopiero jak o czwartej nad ranem jeden taki zaczął wyć arię ze „Strasznego
dworu”, wszystkie psy filiposkie zaczęły mu pomagać reszta towarzystwa, nie
wiedzieć czemu, pośpiesznie oddaliła się w nieznanych kierunkach i tym sposobem
impreza się skończyła.
Jeżeli chodzi o mój wpis „ Markobrodaczo siedzi na drzewie” to pragnę uprzejmie
donieść, że to Benek mnie zainspirował do napisania tego opowiadania sugerując,
że jako Sauron piszę streszczenia książek nie umiejąc napisać nic własnego. No
to napisałem. Tak więc to Benek jest niejako współautorem tego opowiadania i
jeśli ktoś czuje się urażony jego treścią, to może spokojnie dać mu po gębie.
Zezwalam.
Markobrodaczo
4 lutego 2007
1378.Uff, trochę się uspokoiłem wpisami admina
i „Filipowiaka z Chicago”, pogięta jego blaszka, chociaż nie do końca. Może wójt
i ma poczucie humoru, ale nie ma poczucia humoru Rzecznik prasowy urzędu gminy
(wpis 1332). Jak mi policja zastuka do drzwi, to raczej nie będzie słuchać moich
wyjaśnień, że wójt ma poczucie humoru...
Nie ma poczucia humoru także Pan Bendarek, i boję się, że faktycznie mi gębę
obije, dlatego tak skwapliwie na cel wystawiłem Benka. Jak się wyżyje na Benku,
to może mnie już oszczędzi? W przeciwieństwie do Benka bić się nie umiem, a
dostawać po gębie jakoś nie lubię, chociaż zapewne nieraz by mi się to należało.
Moja kobyła tylko łbem kiwa i mówi, cytuję: „zobaczysz Markobrodaczo za te Twoje
głupie gadanie to kiedyś ktoś ci ten parszywy jęzor upierdoli przy samej
dupie...” Przepraszam za jej słownictwo, ale ona do żadnej szkoły nie chodziła i
niewychowana jest, a już jest za stara, żeby ją dobrych manier nauczyć. Ale
pewnie trochę racji ma.
Jeśli admin zalega z opłatami to chętnie sam się do składki dorzucę. Zbiorę
kilka blaszek, tfu!, puszek po piwie chciałem powiedzieć, i zaniosę je do punktu
skupu metali kolorowych, sprzedam i wszystkie pieniądze oddam dla admina. Będzie
pewnie tego jakieś całe 26 groszy...
Markobrodaczo
4 lutego 2007
1429.MARKOBRODACZO I JEGO KOBYŁA WYRUSZAJĄ DO
SUWAŁK.
Ciężkie te moje życie, oj ciężkie! Jak już wspomniałem puszek po piwie w
Filipowie coraz mniej, a jakoś żyć trzeba, bo człowiek póki żyje to pić musi, a
nawet czasem zakanszać, taka już jego natura. A tu bieda. Wymyśliłem więc
genialny plan. Puszek w Filipowie mało, za to papierów dostatek, nawet jakieś
materiały powyborcze można znaleźć. Postanowiłem zebrać ile się da i sprzedać na
makulaturę. Jak pomyślałem, tak zrobiłem Obleciałem prawie cały Filipów i
nazbierało się tego dwa porządne worki. Ale tu pojawił się problem. Otóż w
Filipowie nie ma punktu skupu makulatury! Trudna rada, musiałem przystąpić do
negocjacji z moją kobyłą. Na plecach przecież tego do Suwałk nie poniosę, bo te
wory okazały się tak ciężkie, że ledwie dałem rady je podnieść. Mówię więc do
mojej kobyły:
- Słuchaj, jest taka to, a taka sprawa. Trzeba zawieźć mnie do Suwałk na skup
makulatury. Jakoś ci się odwdzięczę, a po prawdzie to i tak powinnaś być mi
wdzięczna, bo byś marzła w oborze na mrozie, a tak, to masz tu cieplutko jak w
uchu.
Trochę z tym ciepłem przesadziłem. ale muszę Wam powiedzieć, że ostatnio
straszne mrozy u nas wypadły, więc wziąłem moją kobyłę z obory do chałupy. Oborę
mam piękną, murowaną, ale ma ona jeden feler – brak jej dachu. W lato jest to
nawet zaleta, bo przyjemnie jest , można gwiazdy pooglądać, ale zimą faktycznie,
nie za bardzo, trochę zimno. Wziąłem więc ją do chałupy, bo i u mnie nie za
gorąco, palić nie mam czym, a tak jak się razem położymy, przytulimy się do
siebie, to noc jakoś da się wytrzymać, a potem u Syperka to już, można
powiedzieć, upał.
Nawet mi się przyjemnie z tą kobyłą śpi - ostatnio miałem piękny sen: leżę sobie
latem na kocu na trawce nad jeziorem Kamiennym przytulony do pięknej,
długowłosej dziewczyny, właśnie przed chwilą wyszliśmy z wody i teraz nasładzamy
się promieniami słońca, które grzeje, aż miło. Jedną ręką delikatnie gładzę ją
po pięknej, krągłej pupci, a palcami drugiej ręki przebieram w jedwabistych
włosach szepcząc jednocześnie do ucha: „mój Ty kwiatuszku, moja długonoga
sarenko, śliczności Ty moje! Może byśmy wzięli ten kocyk i poszli tam za górkę?
Tak bardzo Ciebie pragnę...
A ona mi na to: „IIIIhahahaha!”
No i obudziłem się z jedną ręką na zadzie kobyły, a z drugą ręką wplecioną w jej
brudną, skołtunioną grzywę. Czym prędzej obróciłem się na drugi bok, kopnąłem ją
w zad i wrzasnąłem: „Czego się ,kurwo, rozpychasz, chcesz do obory?”
Wsio rawno cały dzień patrzyła na mnie jakoś podejrzliwie a i mi trochę głupio
było. Ale nie będę przecież durnemu bydlakowi spowiadał się z moich erotycznych
snów. Ciekawe, czy ja mówię przez sen. ”Długonoga sarenka” - tfu! Obraza
boska... Że też mi, staremu dziadowi, jeszcze takie sny się śnią. Niby dawno
powinienem o czymś takim zapomnieć, jednak czasem ta samotność doskwiera. Ale
kto by chciał się przytulić do starego 75- letniego dziada, na dodatek niezbyt
czystego, no bo jak tu się myć przy 20 stopniach mrozu?
Ech życie, życie... Ale „ad rem”, jak by powiedział Urban, czyli wracając do
sprawy. Z moją kobyłą targi trudne, stanęło na tym, że owszem, do Suwałk
zawiezie, ale tylko worki z makulaturą, zarobek ma być pół na pół, bo ona też
coś żreć musi, ledwie udało mi się wytargować, że pozwoli mi przed samymi
Suwałkami na grzbiet usiąść, bo jak by to wyglądało, kobyła przodem idzie, a
gospodarz za nią popierdala na piechotę trzymając się końskiego ogona. Straszne
warunki mi narzuciła, ale mocno się nie targowałem, bo mi ten sen jeszcze tkwił
w pamięci.
Jak uradzili, tak zrobili. Zajechaliśmy do skupu makulatury na Kolejowej w
Suwałkach i ostatkiem sił, (jednak trochę wymęczył mnie ten przeszło
dwudziestokilometrowy spacer) wwaliłem tą makulaturę na wagę. Trzydzieści osiem
kilogramów! Aż się wyprostowałem z dumy, że ja, taki stary dziad, dałem radę
przywlec tyle makulatury. Magazynier, z wyglądu mało co lepszy ode mnie,
wyciągnął starą, wyświechtaną bursiczkę i na skwapliwie wyciągniętą rękę
wyliczył mi drobnymi miedziakami... 4 złote i 56 groszy!!! Szczęka mi opadła, a
moja kobyła ze śmiechu aż padła na grzbiet i kopytami w powietrzu wierzgała,
zaraza by ja wzięła. Musiałem mieć nieszczególny wyraz twarzy, bo magazynier
wrzasnął na mnie: „I co się Pan tak gapi? Dwanaście groszy za kilogram, to ile
to będzie? Sam pan sobie policz! Do widzenia!”
Faktycznie, siedziałem pod tym skupem jeszcze z pół godziny i jak by nie liczyć,
czy 38 x 12 groszy, czy 12 groszy x 38, to zawsze wyjdzie 4 złote i 56 groszy.
Rachuj, nie rachuj i tak wszystko na ...darmo.
Cóż było robić, wziąłem te pieniądze i poszliśmy na bazar. Szwendaliśmy się w te
i we fte i nic nie kupiliśmy, bo towaru dużo, a pieniędzy mało. Ale mieliśmy za
to ciekawe spotkanie. Przechodziłem sobie między straganami, patrzę, a do małego
niepozornego samochodu stoi potężna kolejka, taka jak „za komuny”. Aż mnie
zaciekawiło, podszedłem, żeby zobaczyć o co ludzie tak się biją i wiecie co się
okazało? Facet z mleczarni „Rospuda” sprzedawał nasze filipowskie sery i masło!
I kogóż to ujrzałem w tej kolejce? Cierpliwie, na mrozie, trępiąc nogami i
chuchając w ręce stała nasza „kapeluśnico-szpilkownica”, jak ją pięknie Robo
określił. Szybko nacisnąłem czapkę na uszy i przemknąłem obok, żeby mnie czasami
nie rozpoznała. Obejrzałem się za moją kobyłą i ... szczęka mi opadła po raz
drugi tego dnia. Ta cholera, nie chcąc żeby ją „kapeluśnico-szpilkownica”
zobaczyła, zaczęła czołgać się obok kolejki jednym kopytem próbując zasłonić
sobie pysk. Widzieliście kiedyś konia , który prze do przodu „czołganiem przez
pełzanie” na trzech nogach, a czwartą nogą zasłania sobie oczy? Nie? Ja też nie.
Mówię wam, tak się śmiałem, że mało co szczęki nie zwichnąłem...
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, luty 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
25 lutego 2007
1437.CZARNE CHMURY NAD MARKOBRODACZOWĄ KOBYŁĄ
Zupełnie nie udała mi się ta wyprawa do Suwałk. Wymordowałem się tylko jak pies,
gówno zarobiłem, a i z moją kobyłą wszedłem w stan zimnej wojny. Od czego się
zaczęło, nie wiem sam, ale dogadać się z nią zupełnie nie mogę. Pieniądze
oczywiście przepiłem (co to za pieniądze!), kobyła nie dostała nic, ale bo też
zgniewała mnie strasznie. W tych Suwałkach budują jakąś oborę na skrzyżowaniu
ulic Noniewicza i Waryńskiego i ta moja durna kobyła ubzdurała sobie, że to dla
niej i każe teraz się tytułować Jego Wielmożną Końską Mością i tylko w lustrze
się przygląda i grzywą trzepie. Oj, swędzi jej skóra, trzeba będzie ją batem
przeczesać. Nawet już brałem za bat, ale zaczęła tak jakoś oczka do mnie
puszczać i tak jakby całusy przesyłać i głupio mi się zrobiło i bat odłożyłem,
bo nie wiem, czy ja czasami nie mówię przez sen...
Wtedy z kolei ja zacząłem ją wypytywać o tego babsztyla, co nasze masło żre bez
opamiętania, ale od razu straciła rezon, zaczęła się dąsać i udawać, że mnie nie
słyszy. Oj, musiały się kurwy gdzieś spotkać pod tym Królewcem, ciekawe co tam
między nimi zaszło...
Z tego wszystkiego poszedłem do Syperka na jedno malutkie piwo, nawet chciałem
kupić trochę owsa dla tego mojego nieszczęścia, ale tak jakoś wyszło, że na
owies zabrakło. Kobyła zła, wyżerła resztkę słomy com nią dziury w ścianach
między belkami pozatykał i teraz wiatr hula po chałupie, jak na dworcu we
Włoszczowej. Nie wiem, czy też moich kalesonów nie zeżarła, bo nie mogę się
jednej pary doliczyć i to tych najlepszych, kościołowych. Nawet pytałem ją o to,
a ona na to, że takiego przygłupa jak ja, to jeszcze świat nie widział...
Dobrze. że chociaż mrozy zelżały, bo już nie śpimy razem ze sobą, to znaczy obok
siebie, żebyście sobie coś nie pomyśleli, tfu! obraza boska... A kościołowe
kalesony mi potrzebne, bo do wójta się wybieram z prośbą o wsparcie, zasłyszałem
u Syperka, że przyjmuje ludzi w piątki, a podobno ludzki z niego człowiek i
nawet tych ajdsowców karmi, to może i mnie coś skapnie? Bo już znikąd dla mnie
ratunku, na makulaturze nie zarobię, a i tej mojej szkapie wszystkie kości
sterczą, można końskej anatomii się uczyć i szkoda jej, chociaż to wredne bydlę
i wciąż mnie od przygłupów wyzywa... Zaraz, zaraz, przecież na tym forum też
mnie ktoś nazwał przygłupem... No tak, wpis 1331, tajemniczy zxx to moja kobyła!
Musiało się kurwisko dorwać do mojego laptopa pod moją nieobecność i teraz
publicznie, na cały świat, dupę mi obrabia!!! O nie, tego już za wiele, dam ja
ci przygłupa, już ty z rozumem się nie pozbierasz...
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, marzec 2007. All rights reserved.
Markobrodaczo
1 marca 2007
1443.Uprasza się osoby nieletnie, nadwrażliwe i
o słabych nerwach o natychmiastowe opuszczenie tej stronki, a przynajmniej nie
czytanie poniższego postu, albowiem będzie to rzecz straszna. Wszystkie „Piły
mechaniczne”, „Nożycorękie”, „Omeny”, „Frankenstajny” i insze najstraszniejsze
horrory to mały pikuś, albowiem....
UWAGA! Ostatnia szansa na zamknięcie oczu! Czytelniku, jeśli zamierzasz dalej
czytać, robisz to na własną odpowiedzialność! Jeśli Szpitalowi Psychiatrycznemu
w Suwałkach przybędzie następny pacjent, niech nikt nie ma do mnie pretensji i
nie mówi, że nie ostrzegałem!
Odgonić dzieci od komputera i zamknąć drzwi!
Już!
Teatrzyk Księgi Gości ma zaszczyt przedstawić mrożącą krew w żyłach sztukę w
jednym akcie pt.:
„MARKOBRODACZO LEJE SWOJĄ KOBYŁĘ, CZYLI ZGUBNY WPŁYW INTERNETU NA ZWIERZĘTA
POCIĄGOWE”
Akt I i ostatni:
Miejsce akcji: Drewniana chatynka Markobrodacza.
Występują: MARKOBRODACZO, KOBYŁA MARKOBRODACZA, PAJĄK FELIKS, MUCHI, BAT.
MARKOBRODACZO: To ja ciebie, bydlaku, do chaty wziąłem, żebyś na mrozie nie
marzła, nakarmiłem, napoiłem, a ty mi przez internet na cały świat od przygłupów
wymyślasz, dupę mi obrabiasz? Już ja ci, małpo, pokażę przygłupa!
KOBYŁA(przerażona): Iiii ha ha ha ha!
MARKOBRODACZO(zdejmuje bat ze ściany i zaczyna lać niemiłosiernie kobyłę
wykrzykując): A masz, zarazo! Za przygłupa! Za długonogą sarenkę! Za moją
krzywdę! Żeb ty po wodzie chodziła i pić prosiła! A masz! A masz!
KOBYŁA(wierzga kopytami próbując trafić Markobrodacza między oczy. Uciec nie ma
gdzie, bo chatynka ciasna, a drzwi zaperte): Iiiii ha ha ha ha! Iiiiii ha ha ha
ha!
MARKOBRODACZO(nauczony przykrym doświadczeniem sprytnie uchyla się przed ciosami
kopyt, wścieka się jeszcze bardziej i wali tak, że aż krew bryzga po ścianach):
Co? Kopytami w twarz?! W twarz?! A masz! A masz! Ty wywłoko! Ty kurwo obesrana,
Ty szkapo!
KOBYŁA(oszalała z bólu i strachu wierzga kopytami na wszystkie strony waląc po
ścianach i szybach aż echo idzie i sypią się szkła): Iiiiii ha ha ha ha! Iiiiii
ha ha ha ha! Iiiiii ha ha ha ha!
PAJĄK FELIKS( widząc, co się dzieje pośpiesznie zwija sieć i chowa się za
kominem, mrucząc pod nosem*): No nie, ja tu nie wytrzymam, chyba się
wyprowadzę...
MUCHI(budzą się z zimowego snu i korzystając z tego, że pająk siedzi za kominem,
bezpiecznie wylatują przez szpary i wybite okna na dwór): Bzzzzzz! Bzzzzzzz!
Bzzzzzzz!
MARKOBRODACZO(traci wszelkie hamulce oraz sztuczną szczękę i chociaż sił mu
ubywa w dzikim szale nadal okłada batem kobyłę i wyzywa coraz bardziej plugawymi
słowy): Śebyś śdechła, franso jedna! A maś! A maś! Kulfo pieldolona! Śuko! By ćę
piolun tśaś! Na bakutil! Na mięśo dla pśuf pśerobię! A maś! A maś! A maś!
BAT(każdy kat ma swoje sumienie, ma ją i bat, więc nie mogąc wytrzymać tej jatki
bohatersko łamie się na pół, poświęcając swoje życie dla uratowania życia kobyły
i w ten sposób kończy tą okrutną kaźń): Trrrrrrrach!!!
KURTYNA: Nawet nie opada, tylko się obrywa i pędzi na policję gdzie oskarża
Markobrodacza o koniobójstwo, dzieciobójstwo, ojcobójstwo, matkobóstwo oraz
wszelkie inne bójstwo, a także o sodomię, gomorię, monogamię, poligamię i
origamię**
AUTOR(kończy tą pisaninę i udaje się do swojego psychiatry po kolejną porcję
leków, bo niestety ostatnią niebieską tabletkę zeżarł dwa dni temu, a żółte to
już dawno mu się skończyły. Idąc, śpiewa nader smutną piosenkę): Wesołe jest
życie staruszka, wesołe jak piosnka jest ta... Ram, tam tam tam tam tam....
* ciekawe, gdzie pająk ma nos... (przyp. aut.)
** a to co za cholera? (przyp. aut)
KONIEC
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, marzec 07, All rights reserved.
Markobrodaczo
3 marca 2007
1460.MARKOBRODACZO IDZIE DO WÓJTA
No i tak. Wiatr hula przez szpary i wybite szyby, kobyła gdzieś pochlipuje w
kącie, a mnie też jakoś nijako.„ I skuczno i grusno i nikamu w mordu dat’” – jak
powiadają nasi bracia w alkoholizmie Rosjanie. Musi trochę sumienie gryzie, bo
ciut za mocno wpieprzyłem tej mojej chabecie, a w końcu co ona tu winna, że ja
biedny, stary i głupi? Żebym był bogaty, to bym jej oborę postawił z pięcioma
stanowiskami, a przy każdym stanowisku żłób, a w żłobie owies, siano, co tylko
chcesz, przy każdym żłobie komputer, niech sobie pisze co chce, a tak to tylko
smutek, głód, chłód i beznadzieja.
Dobrze chociaż, że ciepło się zrobiło, bo już oczywiście nie śpię z kobyłą. To
znaczy obok kobyły. Gorzej, że wszystkie muchi wróciły i pasą się sobie na
zbryzganych krwią ścianach. Obrzydlistwo. A pająk Felek jakiś jeszcze po zimie
ospały i do roboty się nie bierze.
No i co tu człowieku poczniesz. Bieda. Ale wymyśliłem genialny plan. Obiło mnie
się o uszy, że ten nowy wójt tych ejdsowców dokarmia. Jak taki dobry, to może i
mnie pomoże? Nadzieja wstąpiła w me znękane serce. Gębę trochę przemyłem,
nałożyłem na siebie najlepsze ubranie, kościołowe kalesony też, bo jak się
okazało, kobyła wcale ich nie zżerła, po prostu, kiedy były te straszne mrozy,
to na noc ubierałem się we wszystko, com tylko miał i gdzieś tam między
warstwami odzieży były i moje kalesony. Nawet się poperfumowałem. Dziwi Was.
skąd u mnie perfuma? Oho, jest perfuma i to nie byle jaka. Ale to cała historia
z tą perfumą. Otóż swego czasu byłem w Suwałkach. A jak przybyłem, to już trochę
połaziłem, no i oni tam na Kościuszki mają taki sklep „Rosmann”, czy „Rodmann”,
nazwy tam takie cudaczne, że język można połamać, a zrozumieć nijak się nie da.
Zaciekawiło mnie, co też mogą tam sprzedawać, więc wlazłem. Ot, badziewo jak
wszędzie, mydło, widło i powidło, ale przed jedną ścianą stał taki esesman, nogi
szeroko rozstawione, groźnie na ludzi patrzy, znaczy się, czegoś pilnuje. Ale
ludzie podchodzą , na niego nie zważają i perfumami się pryskają. Bo on perfum
pilnował, a jedna półka była taka, że tam stały perfumy których można było
próbować. „Tested” było tam napisane. Jak wszyscy, to wszyscy, podlazłem i ja. A
co. W wolnym kraju żyjemy. Ten esesman popatrzył na mnie tak, że gdyby mógł mnie
wzrokiem zabić, to już nasz filipowski cmentarzyk by się powiększył, ale nic nie
powiedział. Pusto się wokół zrobiło, bo jednakowoż jak się człowiek parę
miesięcy nie myje i obok kobyły śpi, to waniajet nieszczególnie. Zostałem tylko
ja i ten esesman. Taki pojedynek. Prysnąłem się jedną perfumką, powąchałem i
mówię tak niby do siebie, ale żeby i on usłyszał: „ Eee, brzydki zapach”. Facet
zbladł. Wziąłem drugą, prysnąłem na przegub ręki i roztarłem, bo widziałem, że
inni tak robili, powąchałem i mówię: „ Tak jakby kocim gównem zajeżdża?” Tego
esesmana zatrzęsło i coś zagulgotał. „A tuś mi bratku! Mam ciebie!” – ucieszyła
się moja podła, złośliwa, markobrodaczowa natura. No i się zaczęło. Jakaś „Wersacz”
za uszy, jakiś „Adidaś” na nogi. I wszystko z komentarzem – a to nazwa brzydka,
a to zapach nie ten. A w jego oczach żądza mordu. A nic mi zrobić nie mógł, bo
ludzie patrzyli. Patrzyli z daleka, bo smród się zrobił niemożebny, coś tak
jakby koń ze świnią na spółkę nasrali na rabatkę kwiatków. Już się wszelakim
paskudztwem spryskałem, patrzę, a na samej górze, za siedmioma zamkami, za
siedmioma kluczami, za pancerną szybą stała maluśka perfumka. A nazywała się tak
jakoś śmiesznie, jak ten kolega pszczółki Mai z dobranocki - „Guci” czy jakoś
tak podobnie. Perfumka maluśka, ale cena zajebista. Musi ze dwie stówy. Chodź
bym cały rok puszki tłukł i makulaturę zbierał, to bym tego gówna nie dał rady
kupić. Patrzę ja na tego esesmana, a on już na nogach się słania, blady, zielony
i spocony, zęby i pięści zaciska, przypierdolić mi chce, a nie może i pytam go
grzecznie: „ A większego tego Gucia to nie macie? Taka to mi na jeden raz...” no
i w tym momencie chłop padł. Zemdlał, nie wiem sam, czy to od tego smrodu, czy
go ta złość zatchnęła. Krzyk się zrobił, meleweta okrutna, ludzie się rzucili,
by go ratować, a ja wtedy spokojnie wziąłem największą perfumę, jaka tam była i
poszedłem.
No i dobrze. Spryskałem się tą perfumą i do wójta po prośbie ruszyłem. Piątek to
był, bo on w piątki ludzi przyjmuje. Oj niechętnie lazłem, niechętnie, bo nikt
czapkować nie lubi, a do Władzy to ja mam stosunek miłosny można powiedzieć, bo
ja ją pierdolę. Całe życie mi Władza nic nie dała, jeśli już, to zabrała. Za
sanacji, to mojego ojca gnębili i w pogardzie mieli, że chłop był, czyli cham,
ale jego świnie to chętnie żerli i nie patrzyli, że ona też w gnoju wyrosła.
Potem przyszła wojna, to niemiecka Władza mojego ojca do Oświęcimia wywiozła, bo
radia słuchał i słuch po nim zaginął, a potem przyszła ruska Władza to mi matkę
całym plutonem zgwałciła, a na koniec z pepeszy zastrzeliła i tak się został ja
sierota na gospodarce, ale długo ja się tą gospodarką nie nacieszył, bo mnie
nasza polska Władza rozkułaczyła, czyli ziemi pozbawiła, ale obowiązkowo
kontyngent musiał ja dostarczać, czyli tymi świniami Władzę karmić. I za co ja
mam tą Władzę lubić? Dalej też nie lepiej było, bo ja hardy jestem i o Katyniu
krzyczałem i krzywdę ludzką wytykałem i tyle teraz z tego mam, że została mi się
ino spróchniała chałupa, chlewik z kamienia, ale bez dachu i ta nieszczęsna
stara chabeta, z której żadnego pożytku nie mam, tylko biedę i zgryzotę. A na
dodatek, tą ostatnią Władzę niechcący oplułem siedząc na drzewie koło
filipowskiej mleczarni. Ot nieszczęście. I gdyby nie litość nad zwierzakiem,
nigdy bym do Władzy nie ruszył, ale już innego wyjścia nie miałem.
No to idę. Perukę na łeb nałożyłem, żeby mnie, nie daj Boże, opluta Władza nie
poznała i lazę, ale tak niechętnie, jakby mnie kto na powrozie prowadził. Oczami
po ziemi zamiatam, no i dobrze, bo gdy przechodziłem koło Mariawickiej polany
błyszczącego grosza na ziemi znalazłem. Ucieszyłem się w pierwszej chwili,
plunąłem na niego na szczęście i do kieszeni schowałem. Ale idę i tak sobie
myślę, ile to groszy musiałbym znaleźć, żeby u Syperka małe piwko wypić.
Najtaniej to jeden złoty i dziesięć groszy, czyli musiałbym sto dziesięć razy
się schylać i prostować, żeby jedne małe nędzne piwko wypić! Toż takiej
gimnastyki, to na pewno mój kręgosłup by nie wytrzymał! Tak mnie ta myśl
zgniewała, że pizgnąłem tym groszem w krzaki.
Cóż, pół godziny straciłem, mordę w tych krzakach podrapałem, utytłałem się w
błocie, ale w końcu ten grosz znalazłem. Pieniądz to jest jednak pieniądz, nawet
tak nędzny.
Umordowałem się jak nieszczęście, przystanąłem koło „Firka” żeby odpocząć a i
cichą nadzieję w sercu miałem, że może ktoś się nade mną ulituje i chociaż
łyczkiem piwka albo winka poczęstuje, ale nic z tego, trzeba było ruszać dalej.
Tu przerwę moją opowieść, bo muszę sił nabrać i odwagi, by wam resztę historii
opowiedzieć, bo stała się tam rzecz straszna i jeszcze teraz, gdy o tym pomyślę,
taki lęk mnie ogarnia, że cały dygoczę i palcami w klawisze trafić nie mogę.
Jeśli dam rade to...CDN.
Copyright by Markobrodaczo, Filipów, marzec.2007, All rights reserved.
Markobrodaczo
17 marca 2007